Tort Romana

22 stycznia Roman skończył rok. Nie wiem, kiedy ten czas minął. Dopiero od dwunastu miesięcy jestem mamą i właściwie już mogłabym zacząć sentymentalnie wzdychać: Ale te dzieci szybko rosną. W związku z tą okazją postanowiłam stanąć na wysokości zadania i... upiec synowi jego pierwszy tort.


W kręgu piekielnych sztuczek...

Niech się chowają wszystkie popkulturowe wampiry, bo nadchodzi Słaboniowa razem ze strzygami, zmorami, południcami i diabłem w czystej postaci - a raczej w brudnej i właściwie to w postaci kozła, który śmierdzi łajnem i chucią.


Jest to jedna z niewielu książek, która mnie naprawdę zachwyciła. Łańcucka tworzy magiczny świat w samym środku pospolitej wsi. Powołuje do życia słowiańskie gusła i zabobony, w które czasami aż ciężko nie uwierzyć.

Wy to, Słaboniowa, zawsze tak zakręcicie, 
że człowiek sam nie wie, w co wierzyć, 
i widzi rzeczy, których nie ma.



Zostać szczęśliwym człowiekiem

Do szóstego roku życia upierałam się, że zostanę archeologiem ze ścisłym nakierowaniem na paleontologię. Uwielbiałam dinozaury i grzebanie w piachu, a odkrywanie to była moja ulubiona zabawa. Następnie jako już dojrzała siedmiolatka upodobania zmieniłam i postanowiłam zostać astronomem (chociaż długo żyłam w rozterce, że może lepiej być astronautą, bo to przecież większa przygoda). Potrafiłam godzinami leżeć w ciepłe lipcowe wieczory na kocu na podwórku i gapić się w niebo. Gdy po raz pierwszy, za sprawą Taty, zamieszkał z nami pierwszy atlas z mapą nieba - wychodził na nocne eskapady razem ze mną. Dziś nawet znalazłam lunetę, którą kupił wtedy Tata (a wydatek był to niemały), żebym mogła obserwować księżyc z bliższej perspektywy. I tak zaczął się poszerzać mój świat - jego poznawanie zaczęłam od kosmosu.


Jak nietrudno się domyślić astronomem ani archeologiem nie zostałam. Nie wiem, kiedy zeszłam z tej drogi. Pamiętam jedynie, że jeszcze w pierwszej klasie liceum miałam szóstkę ze sprawdzianu z fizyki z działu astronomicznego, a następnie zawiodłam mojego nauczyciela przedmiotu, że jednak nie jestem odkryciem w dziedzinie fizyki i do końca szkoły zadowalałam się czwórkami, trójkami i sporadycznymi piątkami. Z odkrycia nici. Dobra byłam z polaka, a jak! Ale lekcji polskiego nie lubiłam (no chyba, że do odpowiedzi został wywołany jeden z kilku moich kolegów - wtedy można było boki zrywać, uwieeeelbiałam to) i do końca twierdziłam, że na polonistykę nie pójdę. Kiedy zmieniłam zdanie? Chyba w dniu składania papierów na studia.



I jeszcze ja! Czyli blog roku 2013

Właściwie to czemu nie pokazać się światu? Tak, więc i ja biorę udział na blog roku 2013 - trochę dla rozrywki, tyci z ciekawości i kapkę dla reklamy. Nie żebym oczekiwała masowych zachwytów i wielkich nagród (chociaż już widzę siebie realizującą voucher na wycieczkę, no i jeszcze obowiązkowo ten na biżuterię - ech, pomarzyć można, a czasem nawet trzeba), ale każdy powód jest dobry, żeby Wawrzyna pokazać światu.

Dla zainteresowanych - głosowanie zacznie się w lutym, więc gdybyście mieli ochotę wesprzeć Wawrzyna to będę wdzięczna ogromnie :)


Ej, ty nowa!

Wybaczcie mi moją nieobecność. Widzę jak drastycznie spadła liczba odwiedzin bloga, kiedy nic nie pisałam i tym bardziej miło mi, że byli tacy, którzy odwiedzili moje Wawrzynowo mimo wszystko. Ostatnimi dniami usilnie próbowałam przyzwyczaić się do myśli, że idę do pracy i bardzo skupiłam się na tym, żeby nie zapomnieć tam pojechać. Możecie się śmiać, ale naprawdę bałam się, że wstanę rano 22 stycznia i zapomnę, że miałam się wybrać do roboty. A to mogłoby się nie spodobać szefostwu. I to jest mój sukces numer jeden - wstałam rano i pojechałam do pracy.



Termometr wskazywał -15 st. C, a ja odbywałam moją pierwszą w pełni samodzielną podróż samochodem dalszą niż 20 kilometrów. Lasem, polem i drogą krajową nr 53 - dojechałam. Ufff...

Trzeba Wam wiedzieć, że w mojej pracy nie pierwszy raz jestem nowa. Firma ma wiele filii, a ja zdążyłam pracować w trzech z nich, a do tego na różnych działach. Wierzcie mi, że to dziwne uczucie, kiedy jesteście w firmie już któryś rok, a nadal potraficie usłyszeć: "Ta Pani jest tutaj nowa". Co prawda znam cały tok pracy, wiem sporo o firmie i znam większość ludzi, ale od nowa uczę się asortymentu, przyzwyczajeń innych pracowników i ich wewnętrznego systemu pracy, a stali klienci uczą się mnie. Może się to wszystko znudzić. Tak więc - jestem w mojej starej pracy nowa po raz enty.



Mój Supermen

Pewnego dnia na księgarnianej półce znalazłam małą książeczkę podarunkową pt. Dzielnemu Tacie. Na pewno je znacie - takie kieszonkowe z ilustracjami i wierszykami z przeznaczeniem dla przyjaciół, miłości, rodziców i innych osób. Można je podarować, zamiast kartki okolicznościowej i wpisać na pierwszej stronie krótką dedykację. Kupiłam ją. To było w kilka lat po śmierci Taty, wiedząc, że nie będę jej miała komu podarować. To nic. Do dziś stoi na mojej półce, jakby czekała na swojego właściciela. Wzięłam ją, bo na samym początku znajdował się pewien tekst, który - miałam nieodparte wrażenie - jest o kimś, kogo doskonale znałam.


Tata to...
...zwyczajny człowiek, który stara się jak może, by zastąpić Supermana;
...źródło dobrych, ale zwykle zbędnych rad;
...ekspert prawie że od wszystkiego;
...ktoś, kto wszystko wie, ale woli na wszelki wypadek sprawdzić;
(...)
Tatusiowie to najzwyklejsi ludzie, którzy dzięki miłości przemieniają się w poszukiwaczy przygód, wykonawców zabawnych piosenek, autorów barwnych opowieści.
Umieją wszystko, pamiętają setki anegdot.
Mają stanowcze zdanie na temat polityki, psów, sportu i ochrony środowiska.
Posiadają szuflady, podła i garaże pełne bardzo cennych rupieci.
Już nie są zwyczajnymi ludźmi.
Są wyjątkowi.

Dziś przypomniałam sobie o tej książeczce.


O demonach, skrzatach i rusałkach...


Oto jedna z tych książek, które były moje już w momencie, kiedy pierwszy raz wzięłam je do ręki. Decyzja o zakupie podjęła się sama. Nawet nie trafiła na księgarnianą półkę, bo nie zdążyła. Dobra, miałam taką moc jako księgareczka. Można to nazwać zdradą przeciw klientom, bo nie dałam im nawet szansy jej dotknięcia. Niestety wydawca dostarczył nam tylko jeden egzemplarz, a ja nie miałam żadnych wątpliwości. No cóż, było to silniejsze ode mnie. Ta książka mną zawładnęła...


W Paryżu dzieci nie grymaszą | Pamela Druckerman



Jeśli szukacie kolejnego poradnika na temat macierzyństwa to nie kupujcie tej książki. Chociaż z pozoru wydawałaby się nim być.

Wykształcona, inteligentna amerykańska dziennikarka zamieszkuje z mężem w Paryżu i tam zostaje mamą. Nie trzeba wiele czasu, żeby się zorientowała, że znacznie różni się od całej rzeszy innych matek z paryskiej wyższej klasy średniej. Inne dzieci przesypiają noce najpóźniej w trzecim miesiącu życia, są ułożone i grzeczne, nie rzucają jedzeniem i nie podjadają między posiłkami. Przy całym tym towarzystwie autorka czuje się trochę jak z Marsa - niewyspana i próbująca opanować swoje rozszalałe dziecko. Czy to jakiś inny świat?

Spokojnie, to tylko Francja.

Dlaczego nie jest to dla mnie żaden poradnik? Bo nie daje rozwiązań traktowanych, jako jedynie słusznych. Pamela Druckerman zestawia ze sobą amerykański i francuski model wychowywania, a różnice są uderzające. Francuskie podporządkowanie jest przeciwieństwem amerykańskiej dzieciokracji i chociaż jest zachwycona w dużej mierze tym pierwszym to nie wszystkie jego elementy wydają się być dla niej oczywistej do zaadaptowania na gruncie własnego macierzyństwa.

Przeczytamy tu o sposobach postrzegania ciąży, żywieniu dzieci, zabawach z nimi i nauce zasypiania, ale też o mentalności rodziców, seksie po urodzeniu dziecka i kłopotach z rozstępami. Niemal na gruncie każdego z tych problemów autorka odnajduje różnice. Nam chyba jest coraz bliżej do modelu amerykańskiego, ale posiadamy też niektóre cechy wspólne z francuzami więc chociaż nie należę do żadnej z tych grup, to niektóre uwagi były dla bardzo pouczające.

W książce Druckerman znalazłam co najmniej trzy rzeczy, które zapisałam sobie gdzieś na dnie mojego matczynego serca. Bo chociaż wyznawałam te zasady podświadomie, to dopiero ta książka wypowiedziała je za mnie. 

Wyznaczanie granic
Dzieciokracji mówimy nie!  Dzieci powinny stosować się do świata, a nie odwrotnie. Nie oznacza to jednak terroru i ograniczania naszych pociech. Wręcz odwrotnie. Powinniśmy wyznaczać dzieciom wyraźne granice, bo te dają im poczucie bezpieczeństwa - same są jeszcze zbyt małe, żeby odróżniać dobro od zła, rzeczy właściwe i niewłaściwe a my jesteśmy po to, żeby być ich drogowskazem. Wewnątrz tych granic powinniśmy jednak dawać dzieciom dużą swobodę. Jednym słowem - dajmy dzieciom wolność, ale nie twórzmy anarchii.

Teoria "otwierania oczu"
Tę lubię najbardziej. W dzisiejszych czasach rodzice prześcigają się w pozytywnym stymulowaniu swoich dzieci, żeby efektywniej się uczyły i były najzdolniejsze w przedszkolu, najmądrzejsze w szkole i genialne na studiach. Przecież ich mózg nigdy nie będzie już tak chłonny, jak teraz, więc nie można tej szansy zaprzepaścić (sic!). Matka natura wiedziała jednak co robi i dała dzieciom od tego ciekawość świata. Nie musimy przeciążać dzieci wiedzą dorosłych. Pozwólmy im pomóc nam piec ciasteczka, bawić się w supermena i lepić babki z piasku, bo w ten sposób uczą się świata, jak na swój wiek przystało. Paryscy rodzice pozwalają dzieciom na dużą samodzielność i nie krzycząc "cudownie!" za każdym razem, gdy latorośl zrobi coś poprawnie. Chwalą umiarkowanie i konkretnie, karzą konsekwentnie, ale bez przesadnej srogości.

Doskonała matka nie istnieje!
Grunt w tym, że matki idealne nie istnieją, więc my również nimi nie jesteśmy i nie ma co udawać ani przed ludźmi, a tym bardziej przed samym sobą, że jest inaczej. Ta akceptacja własnej niedoskonałości jako mamy i nieoczekiwanie tego od innych właściwie pozwoli nam odetchnąć z ulgą oraz cieszyć się swoim cudownie nieidealnym macierzyństwem. A naszym pociechom zapewni uśmiechniętą i mniej zakompleksioną mamuśkę.

Wydawałoby się, że amerykańska dziennikarka odkryła tajemnicę cudownego macierzyństwa, które powinno zapewnić jej szczęście. Tak jednak nie do końca się stało. Nie każde miejsce na ziemi jest Paryżem, a my nie jesteśmy francuskimi matkami. W wychowywaniu dzieci bierze tak naprawdę udział całe społeczeństwo i jest głęboko zakorzenione w naszej mentalności. Mimo naszej asertywności presja z zewnątrz jest ogromna i nie można się od niej zupełnie odciąć. Nie mamy darmowych żłobków dla niemowląt matek niepracujących, żebyśmy miały czas iść do kosmetyczki, czy na kawę z koleżanką i odpocząć od naszych ukochanych dzieci (pomijam fakt, że często u nas oddawanie dziecka do żłobka, gdy się nie pracuje jest postrzegane jako zdrada przeciwko dziecku...). Nie każdy z nas może zapewnić swoim pociechom samodzielny pokój od urodzenia, co pomaga w nauce samodzielnego zasypiania i przesypiania nocy. Tych różnic jest wiele.

Francuscy rodzice to trochę egoiści w granicach zdrowego rozsądku. Dzieci nie mają prawa zdominować ich świata, chociaż są jego ważnym elementem. Nie pozwalają im wchodzić sobie na głowę, ale pozwalają na współuczestnictwo w swoim życiu. Co więcej wszystko to funkcjonuje w Paryżu jako prawda oczywista, tak oczywista, że często trudna do wytłumaczenia dla nich samych. Dlatego Druckerman zmuszona była do przeprowadzenia czegoś w rodzaju śledztwa, żeby poznać ich tajemnice.

Książkę czyta się szybko i z lekką nutą zazdrości... Nie twierdzę, że my Polki jesteśmy złymi matkami, ale częściej powinnyśmy słuchać swojej intuicji. W natłoku dobrych rad i kolorowych gazet czasem zapominamy, że to my najlepiej wiemy, co jest najlepsze dla naszego dziecka |klik|.

Polecam wszystkim mamom i tatusiom też. Przyszłych, przeszłych i obecnych. Nierodzicom też, bo właściwie czemu nie :)


Na zdjęciu:
Miś z grzechotką Baby Ono

Autor: Pamela Druckerman
Tłumaczenie: Małgorzata Kaczarowka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-08-05027-9
Ilość stron: 388
Oprawa: miękka


Mama wraca do pracy


Roman kończy roczek i macierzyński dobiega końca. Moja ucieczka z Olsztyna zaowocowała nieprzedłużeniem umowy w pracy - jakoś mnie to wybitnie nie zdziwiło, przyznaję. Już widziałam siebie zbierającą skrupulatnie dokumenty do pośredniaka i drepczącą pokornie do mało uprzejmych pań w UP żebrzącą o zasiłek, żeby chociaż na pieluchy i waciki starczyło. Jednak pewnego dnia zadzwonił telefon...

Z pracą u nas to łatwo nie jest, jeżeli nie masz w Urzędzie Miasta życzliwej cioci  lub innej "dobrej duszy", która w biedzie dopomoże i co nieco podszepnie tam, gdzie trzeba. A i to czasem mało opłacalne. Szereg moich koleżanek zdziera podeszwy w bieganiu do pracy za 1000,00 złotych i marzy o wyjeździe za granicę lub chociaż wpływowym mężu, co pieniądze do domu konkretne przynosi, a i mógłby jakiś etacik przy okazji zawarcia związku małżeńskiego załatwić, bo w domu siedzieć nie chcą - nie po to studiowały i zdobywały doświadczenie za marną kasę. W sukces zawodowy, wynikający jedynie z inteligencji i zdolności, raczej mało osób tu wierzy.


Podsumowania nie będzie

Nie wierzę w noworoczne postanowienia, a już na pewno nie w ich moc sprawczą. Wszędzie czytam podsumowania zeszłego roku i nawet zaczęłam pisać własne - nie wyszło. Znajduje je niemal na każdym blogu, do którego zajrzę i wybaczcie, ja wysiadam z tego pociągu. Ale ten dzień jednak nie był bezowocny.


Natrafiła za to na konkurs blogów parentingowych na Tekstualnej. Mało - nawet swój głos oddałam. I pomyślałam - okiem rzucę, może zasilę moje konto na Bloglovin' jakimiś nowymi blogami, będzie co czytać, gdy już jakimś cudem znajdę trochę wolnego czasu. 


Zastanawiałam się nawet, czy mój blog można by nazwać parentingowym. Właściwie czemu nie, przecież mój świat kręci się wokół Romana i jest przez niego zdominowany w każdym znaczeniu tego słowa.

Ale przejrzałam blogi, poczytałam i hmmm... chyba zdanie zmieniłam. Nie jestem nawet w połowie tak parentingowa jak oni. Bo właściwie mój blog jest przede wszystkim o mnie, zupełnie egocentrycznie i pospolicie o mnie i kropka. A Roman? Roman to też ja. W końcu ze mnie się wydostał i ze mnie wysysa siły witalne.