W kręgu piekielnych sztuczek...

Niech się chowają wszystkie popkulturowe wampiry, bo nadchodzi Słaboniowa razem ze strzygami, zmorami, południcami i diabłem w czystej postaci - a raczej w brudnej i właściwie to w postaci kozła, który śmierdzi łajnem i chucią.


Jest to jedna z niewielu książek, która mnie naprawdę zachwyciła. Łańcucka tworzy magiczny świat w samym środku pospolitej wsi. Powołuje do życia słowiańskie gusła i zabobony, w które czasami aż ciężko nie uwierzyć.

Wy to, Słaboniowa, zawsze tak zakręcicie, 
że człowiek sam nie wie, w co wierzyć, 
i widzi rzeczy, których nie ma.


Teofila Słaboniowa - stara to kobiecina, żyjąca na uboczu. Nikt dokładnie nie wie, ile ma lat, a i ona właściwie już dawno przestała je liczyć. We wsi mówią, że potrafi rzucać uroki. Mimo to staruszka wzbudza raczej respekt niż pospolity strach. Bo dawniej ludzie bardziej wierzyli w zabobony, a później już mniej, ale to nie przeszkodziło spiekładuchom mieszać się w ludzkie sprawy. Mieszkańcy głośno śmieją się z guseł, a po cichu nieraz zachodzą do chaty Teofili lub półsłówkiem zaczepią na drodze, bo jak już ani ksiądz, ani lekarze nie pomogą to czemu by nie zapytać wiejskiej czarownicy. Są bowiem sprawy, kiedy tylko ona pomóc może. Tylko tak, żeby nikt nie widział i nie słyszał, bo jeszcze się śmiać będą, że w cywilizowanym świecie się jakieś średniowiecze urządza.

Gdzieś pomiędzy światem ludzi gnającymi za nowoczesnością, a mrocznym światem diabelskich porachunków swoje miejsce znalazła Słaboniowa, której wzrok sięga dalej i głębiej niż wzrok kogokolwiek innego w Capówce, a może i na całym świecie. Bo tylko z pozoru mamy do czynienia ze spokojną staruszką, która po śmierci męża swoje życie dzieli jedynie z kotem Mruczkiem. A z każdą stroną powieści dowiadujemy się coraz więcej o Teosi, której historia ma swój początek tam, gdzie miesza się rzeczywistość z legendą i wiejskimi plotkami...

Obok tajemniczego świata duchów i demonów nie zabrakło miejsca na czysty realizm. Capówka - malutka wieś we wschodniej Polsce. Jej mieszkańcy zostali ukazani w wyblakłych barwach rodem z pierwszych kolorowych fotografii lat dziewięćdziesiątych. A obraz jest to niezwykle realistyczny, bo jak zima do Capówki przyjdzie to człowieka aż ciarki po plecach od tych mrozów przechodzą, a gdy lato zawita można niemal wdychać kurz z wiejskiej drogi, która prowadzi nas prosto do chaty starej Słaboniowej. W rzeczywistość tę autorka zagłębia się z lekką nutą dystansu, dramatyzmu, ale też humoru. Jeżeli ktoś żył kiedykolwiek w takich realiach może poczuć się trochę jak w wehikule czasu. Uśmiech na usta pojawia się, gdy czytamy o wszystkich zmianach, które mają miejsce na tych terenach po okresie przełomu - denominacja, wyjazdy sezonowe na saksy za pieniądzem, integracja europejska i kolorowe telewizory przemykają się cichaczem po kartach powieści. I choć czasami jest to tylko jedno zdanie lub nawet pół - są niezastąpione w stworzeniu klimatu powieści.

Im dalej brnęłam w historię stworzoną przez autorkę, tym bardziej narastało we mnie wrażenie, że Teofila Słaboniowa mieszka u mnie zaraz za lasem i ma tych samych sąsiadów. Wszystko zapewne przez to, że - podobnie jak Łańcucka - wychowałam się w jednej ze wschodnich wsi Polski i właściwie dalej w niej tkwię. Jeszcze kilka lat temu koleżanka przysięgała na wszystkie świętości, że zmora (nazywana u nas też marą) dusiła jej brata i zajeżdżała w szaleńczym galopie ich konie. Do dziś wielu zawiązuje skrupulatnie czerwone wstążeczki na nowoczesnych wózkach dziecięcych, żeby uchronić je od uroków, które - nota bene - podobno kiedyś bardzo efektywnie rzucane były przez pewnego starszego pana imieniem Bolek, mieszkającego w moim sąsiedztwie. Teraz ich już nie rzuca, przestał, bo umarł. Ale cicha wiara w demoniczny świat równoległy do naszego gdzieś jeszcze czasem się przemyka - szczególnie u osób ze starszego pokolenia.

Stara Słaboniowa i spiekładuchy to debiut Joanny Łańcuckiej, którego można tylko pozazdrościć. To zaskakująco dojrzała literacko powieść. Czyta się ją szybko i lekko, ale nie jest banalna. Wydana estetycznie jest miła dla oka, chociaż jak dla mnie format książki mógłby być trochę większy i oprawa twarda, ale to już kwestia gustu. A o nich podobno się nie dyskutuje...

Nie zrobiłam własnej fotki książki, bo puściłam ją w obieg, żeby pokazać ją światu. A zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa Oficynka.

Polecam z czystym sumieniem.

Autor: Joanna Łańcucka
Tytuł: Stara Słaboniowa i spiekładuchy
Wydawnictwo: Oficynka
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-62465-71-2
Ilość stron: 448
Oprawa: miękka


Jeśli spodobał Ci się ten tekst lub w jakimś stopniu uważasz go za przydatny, ważny lub wart zobaczenia będę wdzięczna za jego polubienie i udostępnienie (żółte ikony poniżej).

Będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawisz tu swój komentarz, bo cenię sobie Twoją opinię.

Możesz też polubić mój fanpage na Facebooku oraz śledzić na Instagramie.

Pamiętaj - bez Ciebie to miejsce nie istnieje. Rośnie i rozwija się dzięki Twojej uwadze :)