Pewnego dnia usłyszałam, że im częściej przebywamy w towarzystwie przyjaciół, tym bardziej doceniamy swojego psa. Miałam kiedyś takiego psa - rudy był, ale nie wredny (no może trochę, czasem, ale nie dla mnie). Tęsknię za nim do dziś. Oj, wart był tych wylanych łez, którymi go opłakiwałam.

Ale mamy przecież jeszcze przyjaciół - pół życia nam zajmuje, żeby się siebie nauczyć, docenić i zrozumieć, które znajomości warte są uwagi i pielęgnacji, a kiedy lepiej z uśmiechem i dystansem wycofać się rakiem, podziękować uprzejmie za to, co było i wyjść po cichu.


Dzień święty trzeba święcić dlatego kolejki w Biedronce zakręcały się dziś jak świński ogonek. Mąż w pracy, dziecko w przedszkolu, a świąteczne zakupy nie zrobią się same. Czwartek to często w takich miasteczkach, jak nasze dzień targowy, dodajmy do tego wielkanocne szaleństwo i wychodzi bigos. Miałam zrobić zakupy wcześniej i się w to nie pakować, być przewidywalną i mądrzejszą. Miałam też w wieku trzydziestu lat być bogata i podróżować po świecie. Jedno i drugie nie do końca mi wyszło. Zdarza się.

UWAGA, BABA Z BRZUCHEM

Ciąża to nie choroba, ale bycie kobietą też nie, a lubimy jak nas w drzwiach ktoś przepuści lub drzwi do bloku otworzy, gdy idziemy z zakupami i mamy za mało rąk. Pieszy na pasach to też nie święta krowa, ale jak ktoś się zatrzyma, żebyśmy w końcu mogli przejść przez ruchliwą ulicę, to chwali się jego uprzejmość. W końcu jesteśmy tacy kulturalni i cywilizowani. Ale jeśli jesteś w ciąży to lepiej ci czasem udawać, że nie jesteś, że tylko zjadłaś za dużo spaghetti i pączków stąd niefortunny efekt. Bo twoja ciąża to często większy problem dla innych niż dla ciebie samej.


Z poniedziałkami to różnie bywa, tak słyszałam. Do tej pory, ze względu na mój tryb pracy, dni mi się myliły i właściwie nie wiem, czy początki tygodnia były mniej czy bardziej udane, bo czasami jak chciałam się na ten poniedziałek zezłościć i się na nim wyżyć jak należy to się okazywało, że jest właściwie środa, więc już musztarda po obiedzie.

Ale od prawie trzech tygodni ogarniam dom, dziecko i własną ciążę, ponieważ nie chodzę do pracy. Więc jeśli nie widzieliście niespełna trzydziestoletniej kobiety, która uczy się od podstaw dni tygodnia to oto ja. Mam jeszcze drobne problemy, ale jak udało mi się na studiach wykuć Ojcze nasz po starocerkiewnosłowiańsku to i to ogarnę. 

Z tym poniedziałkiem coś ewidentnie jednak było nie tak. Od prawie trzech lat mało widywałam się z moim mężem. On pracował na zmiany i ja pracowałam na zmiany - mijaliśmy się w drzwiach, łazience i w łóżku. W tym ostatnim na szczęście udało na się spotkać, dlatego teraz turlam się z tym brzuchem. Wszystko jakoś szło powoli do przodu, chociaż dawno czuliśmy, że sprawa nie wygląda zbyt ciekawie - co prawda dogadywaliśmy się nieźle, tylko co raz częściej tematy do rozmów nam się kończyły zanim dyskusja rozwinęła się na dobre. Od tego poniedziałku jednak ma miejsce coś, co jest dla mnie zjawiskiem dawno niespotykanym - otóż... mój mąż ma urlop! I nie byłoby w tym nic takiego szczególnego, bo to właściwie zdarzało się mu już wcześniej. Ale.


Fala ruszyła i osiąga powoli apogeum, biorąc pod uwagę fakt, że wielu Polaków rozlicza się w ostatniej chwili to jeszcze moment to potrwa.

Styczeń jest jeszcze spokojny - PIT-y nierozesłane i sami podatnicy jeszcze nie myślą u wizycie w US. Powoli jednak przychodzi luty, a potem z hukiem marzec. Zaczęło się. Wchodzisz do sklepu i zbierasz garść ulotek o dzieciach, których choroby są ci znane mniej niż chińskie przysłowia w oryginale i spotkało je tyle nieszczęść ile ty i twoja rodzina razem wzięci byście nie uzbierali. Ledwie się możesz pozbierać od samego czytania. Jeśli jeszcze nie masz wybranej osoby, z którą podzielisz się swoim skromnym procentem to masz w czym wybierać.

To nic. 

Otrząsasz się, decydujesz i czekasz na ten cholerny PIT. Wieczorem robisz ciepłą herbatę i relaksujesz się skrolując fejsa. Szybko orientujesz się jaki błąd popełniłaś, bo tam jeszcze więcej wezwań i próśb. Ludzkie tragedie wylewają się z monitora komputera, przyklejając się do ciebie jak lepka masa, której nie możesz się pozbyć chociaż pod prysznicem szorujesz się do czerwoności.


To była jedna z wycieczek szkolnych w podstawówce. Pojechaliśmy do Stolicy zobaczyć wielki świat. Dla wielu największą atrakcją była oczywiście wizyta w McDonald's, ale na szczęście znaleźliśmy też czas na ZOO.

Ustawiliśmy się parami, trzymając grzecznie za ręce. Byliśmy prawdopodobnie najbardziej ułożoną grupą dzieciaków w tym miejscu, bo za bardzo baliśmy się zgubić w miejskiej dżungli. Stałam na końcu z koleżankami - miałyśmy po jakieś 10-11 lat, więc nie uśmiechało nam się trzymać za rączki, co nasz dyrektor uznał za niesubordynację i sianie nieposłuszeństwa. Stojąc na początku całego szeregu krzyknął do nas tak, żeby pół ogrodu zoologicznego słyszało:
- Ustawić się natychmiast! Co to ma być? Nie zachowujcie się, jakbyście byli ze WSI!
- Proszę Pana! - krzyknęłam z taką samą siłą, wychodząc z szeregu - ale my jesteśmy ze WSI!


Jeszcze zanim urodzimy dzieci mamy pewne wyobrażenie o tym, jakie cechy chcielibyśmy im przekazać, czego ich nauczyć i w jaki sposób to osiągnąć. Większość z nich to uniwersalne nauki dotyczące szacunku do siebie i innych, pewności siebie, samodyscypliny, pokory czy uświadomienia sobie własnej wolności, z której powinniśmy umieć korzystać. Mówienie o wychowywaniu dzieci zgodnie z ich płcią jest obecnie co raz częściej passé, a wręcz niewłaściwe i lepiej cicho sza, jeśli w jakikolwiek sposób to robisz. W końcu mamy równouprawnienie i płeć nie ma znaczenia. Zgadzam się w dużej mierze. Ale jest jedna rzeczy, której jako matki, powinnyśmy nauczyć każdą córkę.