Moje dzieciństwo na wsi, czyli za co najlepiej wspominam lata 90.


To była jedna z wycieczek szkolnych w podstawówce. Pojechaliśmy do Stolicy zobaczyć wielki świat. Dla wielu największą atrakcją była oczywiście wizyta w McDonald's, ale na szczęście znaleźliśmy też czas na ZOO.

Ustawiliśmy się parami, trzymając grzecznie za ręce. Byliśmy prawdopodobnie najbardziej ułożoną grupą dzieciaków w tym miejscu, bo za bardzo baliśmy się zgubić w miejskiej dżungli. Stałam na końcu z koleżankami - miałyśmy po jakieś 10-11 lat, więc nie uśmiechało nam się trzymać za rączki, co nasz dyrektor uznał za niesubordynację i sianie nieposłuszeństwa. Stojąc na początku całego szeregu krzyknął do nas tak, żeby pół ogrodu zoologicznego słyszało:
- Ustawić się natychmiast! Co to ma być? Nie zachowujcie się, jakbyście byli ze WSI!
- Proszę Pana! - krzyknęłam z taką samą siłą, wychodząc z szeregu - ale my jesteśmy ze WSI!

Zduszony śmiech rodziców i nauczycieli plus purpura twarzy dyrektora to jedno z moich ulubionych wspomnień. Ale jest ich znacznie więcej.

Dopiero w rozmowach z innymi ludźmi już na studiach zrozumiałam, że moje dzieciństwo jednak trochę różniło się od tego "miejskiego". Nie bardzo wiedziałam czym jest lego, a lalka Barbie była w sferze marzeń - były za to proce i łuki, lalki z oderwanymi rączkami i pomarańcze n Boże Narodzenie. Żyliśmy bez telefonów i intrnetów, gdzie kolorowy telewizor i łazienka w domu to już był luksus. Dziś pewnie opieka społeczna by się za nas wzięła za takie warunki. Dla nas, dzieciaków, nie miało to jednak większego znaczenia. Zebrałam trochę najlepszych wspomnień. Zobaczcie.

WIEJSKIE PRZEDSZKOLE, CZYLI PATOLOGIA W PIGUŁCE

Czwarty rok studiów. Jakimś cudem dałam się namówić na kurs pedagogiczny, bo tani i a nuż kiedyś się przyda. Do dziś pamiętam jak oświadczyłam na pedagogice, że ja... nigdy nie chodziłam do przedszkola. Jak byłam mała myślałam, że to tylko nazwa własna programu Domowe Przedszkole. Do klasy "0" poszłam mając 6 lat. A wcześniej? Moi ciemni wiejscy rodzice trzymali mnie w domu. Dopiero na studiach dowiedziałam się jak wielką zrobili mi krzywdę - spowolnili mój rozwój, powodując, że byłam aspołeczna, nie przygotowali mnie odpowiednio do szkoły i puszczali samopas, dzięki Bogu jakoś się z tą traumą uporałam i dziś nie jestem upośledzona społecznie i intelektualnie. Na szczęście nie byłam w tym sama, bo inne dzieci z klasy też do przedszkola nie chodziły. Razem rozwijaliśmy się w naszym zacofaniu.

Na co dzień biegaliśmy po podwórku, przeszkadzając lub pomagając dorosłym - ja, mój przyjaciel zza płotu, moja siostra, jej przyjaciółka i brat przyjaciółki, koleżanka i młodsze rodzeństwo koleżanki, do tego kilkoro dalszych sąsiadów, bo jak byliśmy już dużymi pięciolatkami to zbiegało nas się więcej, a ze starszyzną to i można było dalej zawędrować, bo opieka była (starszyzna dziewięciolatków oczywiście). Nasze zajęcia dydaktyczno-wychowawcze opierały się głównie na poznawaniu kolorów na podstawie kwiatków na łące, uczeniu liczenia od starszych, bo jak liczyć nie potrafisz, to w chowanego bawić się nie będziesz. Mieliśmy też zajęcia ruchowe w postaci zabaw w ganianego, grę w piłkę i wspinanie pod drzewach - w tym ostatnim wypadku dowiedziałam się czym jest grawitacja, bo nie raz spadłam z hukiem.

A tak w ogóle - to mój dom w latach 90-tych. Dziś trochę się zmienił, ale takim pamiętam go najlepiej.



NA MAJOWE - LITANIA POD KRZYŻEM

To mój hit! Gdy nadszedł maj świat budził się do życia, dni się wydłużały i zaczynaliśmy cieszyć się pierwszymi dłuższymi dniami. Znowu schodziliśmy się na wspólne zabawy. Gorliwi katolicy na pewno pamiętają, że jest to miesiąc maryjny, który na wsiach traktowany był ze szczególnym namaszczeniem. A co ma jedno z drugim wspólnego? Wiejskie schadzki. W każdy wieczór ok. 19:00 starsze kobiety schodziły się przed kapliczką na modły - litania loretańska i inne takie tam do oprawy. A razem z nimi schodziły się dzieci, czyli my. Bądźmy szczerzy - nie robiliśmy tego ze względu na nasze zaangażowanie religijne. Dzięki majowym mogliśmy spotykać się wieczorami o tej porze, która normalnie oznaczała dla nas kąpiel i siedzenie w domu.

Po modłach biegliśmy na pastwisko obok, gdzie mieliśmy zrobione boisko z prawdziwymi bramkami i odgrywaliśmy mecze. Do domu wracaliśmy po 21:00, gdy już zmęczyliśmy się zabawą a nasze babcie i sąsiadki nasyciły się lokalnymi plotkami. Mając 10 lat znałam na pamięć całą litanię! Fakt szokujący o tyle, że w naszej wiejskiej społeczności byliśmy jedną z niewielu rodzin, które do kościoła nie chodziły - buu...poganie jedni.

A kapliczkę, przy której tak żarliwie się modliłam znajdziecie na moim instagramie - o tu właśnie

NA SIANIE

Czasami brakuje mi tego sierpniowego krajobrazy ze snopkami słomy i stogami siana, który pamiętam z dzieciństwa. Dziś mamy kostki i bele przez co nie ma co liczyć na przejażdżki na wozie z sianem ciągniętym przez konie (zwierzęta te stawały się rzadkością już w moim dzieciństwie, ale dopiero kilka lat później zupełnie zniknęły z wiejskiego krajobrazu naszych terenów). Myślicie, że frajdą było nocowanie poza domem? Frajdą to było nocowanie u koleżanki/kolegi w stodole na sianie. Wyobraźcie sobie - noc, zupełna ciemność, jakąś tam latarkę się miało, ale gdy się ją zapaliło to czasem jeszcze straszniej się robiło. I wszystkie te odgłosy wiatru i zwierząt..., wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Namiot wysiada.

Siano to w ogóle nieodłączny atrybut wsi, ale nie tylko o krajobraz chodzi. Znacie ten zapach ściętej trawy schnącej na słońcu? To uczucie jak wysuszone na wiór źdźbła wbijają się w obrania, o włosach nie wspomnę? Jego sprężystość jest na tyle duża, że w stodole skakało się po nim, zatapiając całkowicie bez obaw o zranienia.

Na zdjęciu siano w trakcie suszenia na łące i Rudy, pies-znajda, który wybrał mnie na swojego właściciela, gdy miałam kilkanaście lat. Już go z nami nie ma niestety.



SZKOLNE WĘDRÓWKI DO KURNIKA

Kto to w moich czasach słyszał o autobusach szkolnych - istniały tylko w amerykańskich filmach, czyli na końcu świata i nie wiadomo czy na pewno, bo nikt tego nigdy nie widział. Do szkoły miałam ok. 3 kilometrów i chodziliśmy grupkami. Starsi zabierali młodszych i mieli ich pilnować. Jak już się za to miało te 9-10 lat to i samemu się chodziło, jeśli się skończyło lekcje wcześniej. Miałam tylko dwie koleżanki, które były odbierane przez rodziców, bo miały daleko.

Nikt nam nie wiązał butów i nie pilnował, żebyśmy założyli czapkę - jak dbasz, tak masz. Wczesną jesienią zachodziło się do sąsiada, który mieszkał po drodze "w szkodę", czyli do sadu na jabłka, zimą do drugiego - na górkę zjeżdżać (najlepiej na workach wypełnionych słomą i sianem, które chowaliśmy pod gałęziami, żeby na nas czekały - szły po śniegu jak burza). Gdy padał deszcz chodziło się w gumiakach, a mama czekała w domu z ręcznikiem i suchymi ubraniami (płaszcze przeciwdeszczowe nie dawały stuprocentowej ochrony podczas takiego spaceru w ulewie). Chorowaliśmy rzadko, żeby nie było. W okolicy października zachodziło się do lasku, gdzie rosły prośnianki (nazywane przez niektórych zieloną gąską) - grzyby, które potem piekło się z solą na blacie kuchennym. Można było tak też przyrządzać rydze, ale te były rzadkością.

Jeśli zastanawiacie się o co chodzi z tym kurnikiem to już wyjaśniam. Nasza szkoła była typową małą wiejską szkołą w środku lasu, gdzie uczyliśmy się w klasach łączonych. Budynek szkoły nazywaliśmy kurnikiem. Do dziś nie wiem, ile w tym prawdy, ale wiejska legenda głosiła, że szkolny budynek został wybudowany przez jednego z mieszkańców z przeznaczeniem na... duży, nowoczesny kurnik. Ze względu na wielkość budynku i zapewne inne sprzyjające czynniki nowy jeszcze budynek został wydzierżawiony gminie na szkołę. Nie było w nim nawet korytarza - przechodziło się z klasy do klasy, ponieważ wszystkie pomieszczenia (poza szatnią) były przechodnie. Ach, łazienki też nie było, tylko kibelki na dworze.

A to moja perełka - zdjęcie mojej szkoły, która przestał nią być, gdy szłam do piątej klasy. Zdjęcie zrobione kilka lat temu, teraz też nie wygląda lepiej, a jednak to moje najmilsze wspomnienia.



MUUUUSISZ TO PRZECZYTAĆ, CZYLI PASIENIE KRÓW

Prawie jak w świoniopasie, tylko inwentarz inny. Latem krowy wyganiane były na pastwiska na świeżą trawę. Niektórzy mieli je blisko domu i wyprowadzali je rano po dojeniu, wracając po nie wieczorem (na kolejne dojenie). Robią to do dziś, a ja uwielbiam patrzeć na te krowie wędrówki przed moim domem. Różnica dawniej polegała na tym, że często wysyłano dzieci do ich pilnowania. My nie mieliśmy gospodarstwa jako takiego - kilka hektarów ziemi i jedna krowa nie czyniła z nas rolników. Na pasienie krów biegaliśmy z koleżankami i kolegami, którzy mieli czego pilnować. Ja najczęściej zabierana byłam przez starszą siostrę i jej przyjaciółkę, jeśli dostatecznie się podlizałam i zasłużyłam. Niemal cały dzień na pastwisku w ciepły dzień wymuszał uruchomienie wyobraźni, bo w coś się trzeba było bawić na tym pustym polu, na którym były tylko trawa, krowy i my.

Krów u nas po dostatkiem do dziś - widoki nic się nie zmieniły, a to jedne z nich. Jeden ze spacerów, któregoś lata.



LEŚNE DOMKI

Las był wszędzie dookoła. Zbieraliśmy co większe gałęzie i cieńsze pnie obalonych sosen. Bohaterem był ten, któremu udało się zdobyć narzędzie toporkopodobne do ich obróbki i sznurek od snopowiązałki do ich mocowania. Potem wystarczyło tylko znaleźć cztery drzewa, które układały się w prostokąt, żeby pełniły rolę krawędzi ścian szczytowych i zaczynaliśmy budowę. Zwykłe szałasy też budowaliśmy, ale to był pikuś dla mieszczuchów - prawdziwy domek to było coś! Latem konstrukcja lżejsza, a jesienią ocieplaliśmy mchem tak, że przed wiatrem i deszcze można było się schronić. Budowa często trwała kilka dni i była dużym przedsięwzięciem. Taki domek przetrwał nie dzień czy dwa, ale cały sezon nawet! To jedno z moich ulubionych wspomnień. Z domu zabieraliśmy stare krzesła z oderwanymi nogami i urządzaliśmy te cudeńka. Cyfrówek nie mieliśmy, więc nie mam zdjęcia, ale znalazłam coś, co w prowizoryczny sposób oddaje całą tę ideę (łezka w oku się kręci...). Spójrzcie:

źródło




WYKOPKI

Kolejny przykład wykorzystywania dzieci do prac gospodarskich - wykopki. Trwały od jednego do kilku dni w zależności od wielkości obsadzonego areału. Zbieranie ziemniaków było obowiązkiem każdego, żeby poszło szybciej.  Jeśli pogoda dopisała i sił starczyło to można było wieczorem ognisko napalić i upiec w żarze trochę. Moje dobre wspomnienia łączą się z kolejną patologią, bo odbywały się one we wrześniu, gdy była już szkoła... więc dzieci do szkoły nie szły, tylko do pracy. Szkoła musiała sobie jakoś radzić z tą wrześniową absencją dlatego wystarczyło przynieść zwolnienie od rodziców, na którym było napisane, że w domu odbywają się wykopki - nieobecność była usprawiedliwiona. Żeby nie było, że taka samowolka to zwolnienie, takie można było wypisać tylko na dwa dni (jeśli dobrze pamiętam) - na tyle szkoła dawała przyzwolenie. Też chodziliście na takie zwolnienia?

Udało mi się znaleźć najbardziej aktualne zdjęcie - wrzesień 2016 i wykopki u teściów. Zwolnienia nikt nie musiał brać :)




Pisanie tego postu uświadomiło mi jak niewiele potrzeba dzieciom dla właściwego rozwoju i czystej radości, nieodłącznej w dzieciństwie. A wy jakie macie wspomnienia? Czy u was było podobnie?

*A denominację pamiętacie? Wśród moich sąsiadów byłam jedną z niewielu osób, które potrafiły "przeliczać na nowe" - problem był niemały nawet jeśli w sklepiku wisiały obie ceny, bo z uczciwością niektórych sprzedających bywało różnie.

Zdjęcie główne przedstawia mnie, starszą siostrę i Tatę - moje ukochane zdjęcie z dzieciństwa.

Jeśli spodobał Ci się ten tekst lub w jakimś stopniu uważasz go za przydatny, ważny lub wart zobaczenia będę wdzięczna za jego polubienie i udostępnienie (żółte ikony poniżej).

Będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawisz tu swój komentarz, bo cenię sobie Twoją opinię.

Możesz też polubić mój fanpage na Facebooku oraz śledzić na Instagramie.

Pamiętaj - bez Ciebie to miejsce nie istnieje. Rośnie i rozwija się dzięki Twojej uwadze :)