weszła drobna malutka z kosą jak zapałka...

cud śmierć

Tata zawsze jej powtarzał, że całe życie uczymy się sami siebie, a to nie jest łatwa nauka. Świat jest brutalny – powtarzał, ale ona nie lubiła tego słychać. Nie zawsze wszystko układało się po jej myśli, ale przecież miała gdzie wracać, gdzie się schować.

Każdy człowiek powinien mieć swoją przystań, do której można uciec, kiedy wszystko wali się na głowę. Nie zawsze tworzą ją miejsca. Bywa, że składa się z samych ludzi i znajduje się "w odpowiednim miejscu i czasie".

Któregoś dnia jej przystań zniknęła. Tak zwyczajnie, po cichu, a jednak z nieznaną dotąd gwałtownością. Długo grunt trząsł się pod nogami zanim się osunął. Chciała walczyć, ale wydawała się być za słaba. Modliła się więc o cud. To  było jedyne na co mogła wtedy liczyć.

Mijały tygodnie - długie i wyczerpujące, aż w końcu Cud nadszedł. Widziała go jak przechodził przez próg domu.




Wtedy uświadomiła sobie tę brutalność świata, o której mówił jej Tata zanim jeszcze zachorował. Inni siedzieli ze łzami w oczach i nadzieją na ustach, a ona widziała jak długo oczekiwany przez nią Cud przechodzi przez korytarz, kuchnię, salon i idzie do pokoju Ojca. Kiedy zatrzymał się i spojrzał w jej stronę ogarną ją spokój, chociaż wiedziała już, że nie jest to ten Cud, o który się modliła. Ludzie chcą wierzyć, że tylko dobre rzeczy są Cudem, ale nie wiedzą, że dobro też jest pojęciem względnym. Bo komu przyszłoby do głowy, że to, co nazywamy dobrem i złem może wypływać z tego samego źródła?

Gdy spojrzała Cudowi w oczy przypomniała sobie czas, jak była dzieckiem i kazali go sobie wyobrażać pisarze, malarze, dorośli - w czarnej szacie, trupią czaszką i z kosą w ręku. To zabawne, jak ludzkie wyobrażenia różnią się od rzeczywistych zjawisk. Cud, którego widziała, był już stary i trochę zmęczony, miał siwą brodę, błękitne oczy i łagodną twarz poprzecinaną zmarszczkami. Nie spieszył się donikąd. Wiedział jak bardzo nie chciała wpuścić go pod swój dach, jak jej załzawione oczy i bijące serce błagały, żeby sobie poszedł.

Odszedł, ale nie sam.

Widząc jak odchodzi z tak bliską dla niej osobą zauważyła, że dusza ma ten sam kształt co ciało i umie się uśmiechać. W tym dwuosobowym orszaku nie było prowadzącego i skazańca. Szli razem, obok siebie, ramię w ramię jak przyjaciele. Przez szum w swojej głowie słyszała tylko strzępy ich rozmowy. Nic, czego by nie znała - coś o polityce, czarnych dziurach i ożywianiu dinozaurów, żadnych roztrząsań na temat nicości, Boga lub bytu. Po drodze zabrali ze sobą jeszcze małą sikorkę, leżąca na brzegu lasu, która poprzedniego wieczoru złamała skrzydło i nie wytrzymała nocnych mrozów.

Kiedy straciła ich z oczu zauważyła, że inni płaczą. Nie płaczcie – myślała – przecież nic się nie stało. Dopiero po kilku godzinach zrozumiała, jak bardo zmienił się jej świat. Nie nienawidziła Cudu, bo wiedziała, ze przychodzi jedynie tam, gdzie mu każą. To nie jest kwestia niesprawiedliwości i krzywd. Bo może tym właśnie jest sprawiedliwość? Cudem, który nie zważa kogo zabiera ze sobą, przygarniającym każdego z równą życzliwością. A ci, którzy pozostali muszą sobie radzić bez niego aż do czasu jego odwiedzin na progu swojego pokoju.

Zdjęcie autorstwa Michała Wichowskiego
Tytuł posta: fragment tekstu "Śmierć i kanarek" ks. Jana Twardowskiego


Jeśli spodobał Ci się ten tekst lub w jakimś stopniu uważasz go za przydatny, ważny lub wart zobaczenia będę wdzięczna za jego polubienie i udostępnienie (żółte ikony poniżej).

Będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawisz tu swój komentarz, bo cenię sobie Twoją opinię.

Możesz też polubić mój fanpage na Facebooku oraz śledzić na Instagramie.

Pamiętaj - bez Ciebie to miejsce nie istnieje. Rośnie i rozwija się dzięki Twojej uwadze :)