Nie znam się, więc się wypowiem | recenzja i studium przypadku

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Pięćdziesiąt twarzy Greya - o tej książce napisano już niemal wszystko. Podzieliła czytelników na całym świecie. Zanim zobaczyłam ją na księgarnianej półce zdążyłam już usłyszeć o niej "jedyną słuszną prawdę". Krytycy wdeptali ją w ziemię - "sado-maso dla kur domowych", gdzie seks wycieka między kartkami i aż dziw, że okładka nie jest od tego mokra. Komentarze w sieci nie zostawiły na książce suchej nitki - makulatura niegodna uwagi.

Plus za głos w sprawie dla tych, którzy czytali. Ale co ciekawe wiele do powiedzenia mają również Ci, którzy nigdy do niej nie sięgnęli. Przecież wiedzą już co o niej myśleć, to po co się wysilać i robić to samodzielnie? Nie znam się, więc się wypowiem. Najlepiej w internecie. Nie podpisując się, bo po co. Moja pseudo-opinia o czymś, czego nigdy na oczy nie widziałem, nie poparta żadnymi argumentami i anonimowa może kogoś zainteresuje.

Śmiałam się z fenomenu książki i gardziłam treścią aż pewnego dnia uświadomiłam sobie swoją obłudę. Sprzedałam setki egzemplarzy zanim sama po nią sięgnęłam. Podjęłam wyzwanie i postanowiłam zweryfikować swoją ugruntowaną już opinię. Nie pytajcie dlaczego. Odezwała się we mnie pruderyjna kura domowa, która zabrała ze sobą książkę do domu. W pewien sposób polubiłam tę książkę, nie tylko za jej treść, a za zamieszanie, które wokół siebie narobiła. Dobra, wiem, jestem prostacka. Czasem mi się zdarza i przyznaje się bez bicia (chociaż bicie jest tu zdecydowanie na miejscu, a najlepiej pejczem i  jeszcze zakneblować...).

Ale wróćmy do książki.

Literacki gniot. Widoczna fascynacja Zmierzchem (to przecież przez amatorską próbę napisania kontynuacji Zmierzchu narodziła się ta książka). Przejaskrawienia, uboga metaforyka i kiepskie przenośnie. Bajka o kopciuszku we współczesnym wydaniu, z tą różnicą, że idealny książę nad ukochaną lubi stać z pejczem w ręku. Godna pozazdroszczenia ilość orgazmów i sceny erotyczne, których opis pozostawia wiele do życzenie. Mniej wulgarna niż sądziłam pomieszała w sobie perwersję i słodki romantyzm. Kicz w bestselerowym wydaniu. Ale bajka się przyjęła i przyniosła autorce fortunę.

A interes moim drodzy idzie jak woda. Oskarżycieli nie ma końca i kupujących również - nawet takich, którzy ostatnim razem w ręku mieli co najwyżej Janko Muzykanta.

To nie pierwsza książka erotyczna na rynku i to nie na tym polega jej fenomen. Przed nią były tysiące innych o podobnej tematyce, ale tylko ta zrobiła powalającą karierę. Czytałam gorsze gnioty. Co ciekawsze wiele książek w księgarni nie reprezentuje sobą większego kunsztu literackiego niż ta. I co z tego? Sęk w tym, że szanowna pani E L James osiągnęła sukces za pomocą kiczu, a to boli. Wykorzystała klasyczny motyw romantycznej bajki i zmieszała ją z perwersją. Wszystkie najbardziej skryte marzenia wylała na papier, nie bawiąc się w bajdurzenie, że zakochani nocami gapią się na księżyc w pełni i wzdychają do niego. Bo nocą można robić ciekawsze rzeczy.

Można wmawiać niektórym, że sukces ten oparty jest na inwazyjnej reklamie. Jednak klienci, którzy przychodzą po kolejny tom z wypiekami na twarzy nie wyglądają jakby byli do zakupu zmuszani. No tak, przecież współczesna reklama jest agresywna przez co działa na zasadzie przymusu, którego potencjalny klient sobie nie uświadamia, powiecie? Zapewne, ale z nią i czytelnikami jest jak z bohaterami tej książki - on zmusza ją do perwersyjnego seksu podczas którego krępuje ją i zawiązuje jej oczy, a ona? Kwiczy z radości.

Książka nie reprezentuje sobą niemal żadnej wartości literackiej, ale historia w niej przedstawiona weszła pod polskie strzechy jak disco polo w latach dziewięćdziesiątych. Nikt nie słucha, ale każdy po piwie zna słowa Jesteś szalona. Otacza nas kicz, a w dzisiejszych czasach coraz trudniej odnaleźć jego granice. W niektórych przypadkach spotyka się z uznaniem, w niektórych z odrazą lub pobłażliwą sympatią. W tę własnie stronę poszła autorka książki.

A film? Okrojony do granic możliwości. W sąsiednim mieście zabronili seansów (właścicielem kina jest dom kultury, więc mogą). A tam? Seksu jak na lekarstwo. Na szczęście wiedziałam, że ma to być film erotyczny, bo inaczej trudno byłoby się domyślić. Brak w nim kontrowersji, którą wzbudziła książka. Jako miłośniczka postaci drugoplanowych z przykrością stwierdziłam, że zupełnie nie posiada tła. Drugi plan nie istnieje. Film jest jednowątkowy i przez płaski jak naleśnik. I jak naleśnik przy posmarowaniu słodkim dżemem nadaje się na niezbyt wyrafinowaną kolacje w piątkowy wieczór.


Jeśli spodobał Ci się ten tekst lub w jakimś stopniu uważasz go za przydatny, ważny lub wart zobaczenia będę wdzięczna za jego polubienie i udostępnienie (żółte ikony poniżej).

Będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawisz tu swój komentarz, bo cenię sobie Twoją opinię.

Możesz też polubić mój fanpage na Facebooku oraz śledzić na Instagramie.

Pamiętaj - bez Ciebie to miejsce nie istnieje. Rośnie i rozwija się dzięki Twojej uwadze :)