Lubię, gdy jest dziko! Czyli dlaczego warto odwiedzić z dziećmi Kadzidłowo


Pamiętam, jak pierwszy raz zabrali nas, dzieci ze wsi, do ZOO. Właściwie pamiętam z niego tyle, że hipopotamy śmierdziały, niedźwiedź brunatny się schował, a słoń był daleko i podobno zdechł niedługo po tym, jak tam byliśmy.

Drugi raz wspominam lepiej, a było to rok temu, kiedy postanowiłam zabrać tam Romana. Już nie śmierdziało i nikt się przed nami nie chował. Romek zafascynowany był lwem, a ja w osłupieniu obserwowałam jak hipopotam robił kupę (wierzcie mi lub nie, ale naprawdę było warto). W tym wszystkim jednak brakowało mi jednego - byliśmy biernymi obserwatorami zwierząt żyjących w sztucznym środowisku. Jestem dzieckiem lasu i wsi - lubię dotknąć i spróbować. Dlatego na kolejną przygodę zabrałam syna do Kadzidłowa do Parku Dzikich Zwierząt.

Właściwie to łosia ostatnio widziałam w lesie obok teściów, sarny plątają się po łące, a bocianów mamy na pęczki na łąkach. A jednak się zdecydowaliśmy i było to dla nas miłe przeżycie. Roman biegał za sarenkami, próbował głaskać małego dzika, który kwiczał radośnie na widok butelki z mleczkiem, a potem wypatrywaliśmy wilków między drzewami (te akurat za ogrodzeniem pod napięciem - są pewne granice w kontaktach z przyrodą, nie gniewałam się). Ach, i jeszcze te rysie. Niemal wszystko na wyciągnięcie ręki. Wędrowaliśmy przez łąki, omijając zwinnie zwierzęce odchody (jako wsiowi ludzie mamy w tym wprawę). Było mniej egzotycznie niż w warszawskim ZOO, ale tym razem mogliśmy tego świata dotknąć. 

Jeśli zapędzicie się na Mazury tego lata razem z dziećmi, to wpadajcie do Kadzidłowa. Świetne wrażenia dla najmłodszych i ciekawe doświadczenie dla starszych. Szczególnie, gdy idziesz w grupie i czujesz, że ktoś cię szturcha pospieszając, a ty lekko zmieszana (bo jednak za rękę z czterolatkiem i ośmiomiesięcznym brzuchem ciążowym masz tempo na poziomie ślimakożółwia) odwracasz się, żeby grzecznie przeprosić osobę, której się spieszy i zwrócić uwagę, ze szybciej nie dasz rady, więc niech wyprzedza albo nie marudzi. W sytuacji pewnie nie byłoby niczego szczególnego, gdyby nie fakt, że owym maruderskim podróżnym okazała się... łania jelenia. Dogadałyśmy się jednak. Wyprzedziła.

Mają zwykłe bociany na przykład:


I te mniej zwykłe też. Raz widziałam czarnego bociana, ale dopiero w Kadzidłowie dowiedziałam się, że miałam niemałe szczęście, że udało mi się go spotkać w środowisku naturalnym. Dziś niemal niespotykany. A wygląda tak:

Paw. Wiem, w Warszawskich Łazienkach jest ich wiele, ale podobnie jak łabędzie - i tak zachwycają.


Był też żuraw mandżurski:


Sarenki w dużych i radosnych ilościach:


Zerknijcie jeszcze na sowę, co za powaga:


Osiołki, po prostu.

A to nasza słynna łania :)


A na koniec łosiu:



Cały park wydaje się prosić o ulepszenie i drobne remonty. Mój Leszek żałował, że nie wziął ze sobą jakiegoś młotka i kilku gwoździ, ale w całej dzikości tego miejsca ostatecznie nam to nie przeszkadzało, bo zagapiliśmy się na jelenie i reszta przestała nas interesować.

Jeśli spodobał Ci się ten tekst lub w jakimś stopniu uważasz go za przydatny, ważny lub wart zobaczenia będę wdzięczna za jego polubienie i udostępnienie (żółte ikony poniżej).

Będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawisz tu swój komentarz, bo cenię sobie Twoją opinię.

Możesz też polubić mój fanpage na Facebooku oraz śledzić na Instagramie.

Pamiętaj - bez Ciebie to miejsce nie istnieje. Rośnie i rozwija się dzięki Twojej uwadze :)