Cztery filmy, które warto obejrzeć


Nie tylko długie zimowe wieczory i jesienne pochmurne popołudnia nadają się, żeby sięgnąć po film. Ja nie robię tego często z powodu życia w wiecznym niedoczasie, ale zdarza się i mi - szczególnie w deszczowe lato, kiedy Roman padnie po całym dniu. Przeważnie mam taki filmowy tydzień, po którym następuje długa przerwa. Jeśli tak samo jak ja lubicie filmy z polecenia to oto moje typy.

Dla niej wszystko

(Tytuł oryginału: Pour elle, 2008)
Prawdopodobnie wielu z was zna ten film w zupełnie innym wydaniu. Dwa lata po wersji francuskiej pojawiła się wersja hollywoodzka z Russellem Crowem. Tej drugiej nie widziałam, chociaż zapewne jeszcze do niej sięgnę ze względu na słabość do głównego aktora. Ale to może innym razem.

W filmie poznajemy Lisę - kobietę piękną i łagodną, która niespodzianie zostaje oskarżona o morderstwo. Długo z mężem walczą o uniewinnienie, ale dowody jednoznacznie wskazują na winę kobiety. Kolejne apelacje nie przynoszą efektu, a Lisa przechodzi poważne załamanie nerwowe i depresję. Jej mąż wie jedno - żona z więzienia nie wyjdzie, a kolejna próba samobójcza w końcu przyniesie efekt. Julien to zwykły facet, nauczyciel francuskiego, nikt specjalny czy wyjątkowy, ale sytuacja zmusza go do drastycznych działań - zrobi wszystko, żeby wyciągnąć żonę z więzienia.

Nie znajdziecie tu spektakularnych pościgów i strzelaniny, chociaż nie obejdzie się bez radykalnych rozwiązań. Film skupia się jednak na sile determinacji i ostateczności, po którą jesteśmy w stanie sięgnąć, kiedy inne wyjścia zawodzą.

Francuskie kino ma swój urok, a klimat różni się często od tego, co serwuje nam Hollywood. Dla mnie to przede wszystkim inne tempo, trochę zmienna perspektywa, i coś, co mogę nazwać temperamentem filmu - o ile można w ogóle użyć tu tego określenia. Film szczerze polecam.

Moja ocena: 9/10




Czas na miłość

(Tytuł oryginału: About a time, 2013)
W tym filmie zdecydowanie bardziej wolę tytuł oryginalny, ale przejdźmy do rzeczy. Główny bohater to niezbyt urodziwy i trochę nieporadny chłopak z rudą czupryną, które w wieku 21 lat dowiaduje się od ojca, że wszyscy mężczyźni w ich rodzinie potrafią podróżować w czasie. Taki mały rodzinny sekret - kto ich nie ma. Początkowo czuje się zagubiony w tym fakcie, ale po poznaniu niezwykle uroczej dziewczyny postanawia go wykorzystać. Z jego urokiem osobistym i obyciem dziewczyna pewnie szybko by go spławiła - właściwie to nawet to zrobiła kilka razy, ale nigdy się o tym nie dowiedziała, bo Tim wielokrotnie cofa się w czasie i podchodzi tyle razy do swoich porażek, aż staje się w nich ekspertem i zdobywa serce dziewczyny - tadam! I żyli długo i szczęśliwie... Stop, bo tu historia się nie kończy. Ich życie nie toczy się tylko wokół sielankowej miłości dwojga. Do połowy film słodki i uroczy zaczyna przybierać bardziej prozaiczną formę, która nadaje smaku całej opowieści. Poznajemy całą rodzinę Tima i ich losy, na które mniej lub bardziej ma wpływ rodzinny dar.

Film ma w sobie wiele ciepła i uroku, co na pewno zawdzięczamy w dużej mierze aktorom. Jak pisałam na początku - polski tytuł jest bardziej hermetyczny, bo zamyka całą opowieść wewnątrz wątku romantycznego. Tytuł oryginalny (About time) podkreśla znacznie bardziej rolę czasu w całej opowieści i dla mnie głównie o tym jest film - potrzebujemy czasu, żeby nauczyć się szczęścia, zrozumienia, wytrwałości i tego, że nawet potrafiąc manipulować nim, nie jesteśmy w stanie go zatrzymać. Nie zwalnia nas to od podejmowania trudnych wyborów i dlatego czasem warto zwyczajnie zaakceptować jego bieg i pozwolić płynąć własnym torem.

Moja ocena: 8/10





Brooklyn

Irlandia, lata pięćdziesiąte XX wieku. Trudne warunki życiowe i galopujące bezrobocie zmuszają młodą Ellis do wyjazdu za ocean. Kto słyszał o emigrantach z tego okresu wie, jak niełatwa była to droga. Dzisiejsze wyjazdy w dobie telefonów i internetu wydają się być pestką. Tęsknota za rodziną i znanym krajobrazem początkowo przytłaczają dziewczynę. Do czasu, kiedy poznaje mężczyznę, przy którym czuje się bezpieczna i kochana. Świat zaczyna stawać otworem i pojawiają się plany na przyszłość pełne deklaracji i obietnic.

W pewnym momencie Ellis zostaje zmuszona do tymczasowego powrotu do domu. Wyjeżdża zapewniając o powrocie. Ale wsiadając na statek, podobnie jak to miało miejsce poprzednim razem, nie wie jeszcze jak bardzo zmieni się jej życie i co spotka ją na miejscu. Irlandia niespodziewanie wita ją perspektywą pracy, zapewnionego bytu i... miłości. Wszystko to, o czym wcześniej nawet nie śmiała marzyć po prostu spada jej wprost pod nogi i sieje spustoszenie w sercu, które w tym czasie zostało podzielone na pół. Listy zza oceanu pozostawia bez odpowiedzi i kolejny raz przekłada powrót. Przychodzi jednak moment podjęcia decyzji, a każda z nich wydaje się być w równym stopniu tą dobrą i tą złą.

To przede wszystkim film o miłości i trudnych wyborach. Typowo kobiecy - najlepiej smakuje z ciepłą herbatą z cytryną.

Moja ocena: 7/10





Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie

(Tytuł oryginału: Perfetti sconosciuti, 2016)
Przyznam, że film polecono mi jako komedię, a miałam ochotę na lekki wieczór. Ale wiecie? - Nie śmiałam się zbyt głośno.

Fabuła jest bardzo prosta: grupa starych, dobrych przyjaciół w wieku bardziej średnim niż młodym spotyka się na kolację. Niemal każdy przychodzi z partnerem i zapowiada się miło, przytulnie i... nudno - przynajmniej dla widza. Do momentu aż ktoś nie wymyśla gry - od tej pory, do zakończenia wieczoru, każdy kontakt telefoniczny (sms, rozmowa, e-mail), który nadejdzie, do któregoś z przyjacielskiej paczki ma zostać odczytany na głos lub połączenie odebrane na głośnomówiącym. Niewielu ma odwagę odmówić zabawy, ma być wesoło, a nikt przecież nie ma nic do ukrycia...

Cały film pełen jest ludzkich tajemnic, bolesnej prawdy, kłamstw, uników i konsternacji. Tego można było się spodziewać w różnych formach i było łatwe do przewidzenia - wręcz oczywiste, ale tym dlaczego warto film obejrzeć jest fakt co zrobili z tym bohaterowie i jakimi okazali się nie tylko partnerami, co przyjaciółmi właśnie. Nie, nie wszyscy byli źli i kłamliwi, niektórzy nawet okazali się lepsi niż moglibyśmy się tego spodziewać na początku, a na pewno inni. Na pewno też spadło wiele masek.

Dla mnie osobiście warto było obejrzeć go dla zakończenia. Cały film oglądałam z przyjemnością, ale dopiero ostatnie minuty dały naprawdę o myślenia. Kolejny raz francuskie kino mnie urzekło.

Moja ocena: 8/10





A jakie są wasze ulubione filmy w ostatnim czasie?

Jeśli spodobał Ci się ten tekst lub w jakimś stopniu uważasz go za przydatny, ważny lub wart zobaczenia będę wdzięczna za jego polubienie i udostępnienie (żółte ikony poniżej).

Będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawisz tu swój komentarz, bo cenię sobie Twoją opinię.

Możesz też polubić mój fanpage na Facebooku oraz śledzić na Instagramie.

Pamiętaj - bez Ciebie to miejsce nie istnieje. Rośnie i rozwija się dzięki Twojej uwadze :)