Siedem dni z Romanem


Pierwszy rok życia Romana był dla mnie wyjątkowy pod każdym względem. Przeżyłam burzę hormonów po porodzie, fale radości przy pierwszym śmiechu, kilometry wspólnych spacerów, problemy z karmieniem, kolki, pierwsze przewrócenie na brzuszek. Do tego zrozumiałam, czym naprawdę jest cierpliwość, poczułam fascynację nad entuzjazmem, z jakim Roman podchodził do całego świata i usłyszałam milion "dobrych" rad, które budziły nieprzyjemną konsternację w obawie, że nie jestem taką matką, jaką powinnam. Spałam mało, czuwałam dużo. Cały pierwszy rok Romana należał do mnie.

Potem poszłam do pracy.

Cały kolejny rok poświęciłam firmie. Powrót do dawnych obowiązków, awans, zmiana placówki kazały mi zaangażować się bardziej niż chciałby tego mój syn. Każdy dodatkowy dzień w pracy był dniem zabranym jemu. 

Gdy wracał do pracy w styczniu zeszłego roku nie czułam żalu. Romek był pogodny, nie miał problemów, żeby spuścić mamusię z oka, a ja nie miałam wyrzutów sumienia - zostawał pod opieką ukochanej babci i cieszyłam się jego obecnością po powrocie z pracy. Późniejsze zmiany w pracy wymagały nadgodzin i szybko zorientowałam się, że o urlopie mogę jedynie pomarzyć. 

19 stycznia 2015 roku w końcu mogłam zasmakować, czym jest urlop. Oczywiście ten zaległy z 2014 roku i tylko tydzień, poza tym do ostatniego dnia decyzja o nim wisiała na włosku - cieszyłam się jak wariatka. Pierwszy dzień dopadła mnie lekka zgryzota, czy ten tydzień nie przyniesie w pracy zbyt dużego bałaganu, z którym będę musiała uporać się po powrocie. Drugiego dnia było przesilenie - telefon się urywał, a mi ręce zaczęły opadać. W kolejne dni ilość telefonów zmalała, a ja zaczęłam myśleć o odpoczynku.

Już drugiego dnia Roman był ożywiony, bo mama rzadko ma dwa dni wolne z rzędu. Trzeciego dnia tryskał radością i czułością. Mój żywiołowy syn ze skłonnością do niepoprawnej wręcz upartości przez siedem dni był wzorem dziecięcych cnót. Spał do 8:00 rano (!), a nie jak do tej pory do 5:30. Budził się szampańskim nastroju, obdarzał mnie milionem uśmiechów z radością krzycząc "mama" przy każdej okazji. Razem sprzątaliśmy, piekliśmy babeczki, zmywaliśmy naczynia, jeździliśmy na sankach i znów sprzątaliśmy. Niemal zapomniała jak to jest mieć go na co dzień. 

Jutro wracam do pracy. Być może wyjdę z domu, zanim się obudzi. Pierwszy raz czuję taki żal i złość, że go zostawiam. Jakbym go zdradzała. Tych siedem dni było jak siedem spełnionych życzeń. Potrzebowałam dwóch lat, żeby pójście do pracy ścisnęło mi serce. Wiedziałam, jak wiele pożera ona mojego życia, ale teraz poczułam to bardzo dotkliwie. 

Zdjęcie autorstwa Michała Wichowskiego



Jeśli spodobał Ci się ten tekst lub w jakimś stopniu uważasz go za przydatny, ważny lub wart zobaczenia będę wdzięczna za jego polubienie i udostępnienie (żółte ikony poniżej).

Będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawisz tu swój komentarz, bo cenię sobie Twoją opinię.

Możesz też polubić mój fanpage na Facebooku oraz śledzić na Instagramie.

Pamiętaj - bez Ciebie to miejsce nie istnieje. Rośnie i rozwija się dzięki Twojej uwadze :)