Spotkanie z Pigmalionem - zamiast podsumowania



Zacznę od podsumowania minionego roku w dwóch wersjach.

WERSJA PESYMISTYCZNA

W pracy spędzam 10 do 12 godzin na dobę. Jest bardzo wymagająca i czasochłonna. Jest oddalona o 50 km od mojego domu przez co średnio 10 godzin tygodniowo tracę na podróże i palę hektolitry drogiego paliwa. Gdy już wrócę do domu to sprzątam, zajmuje się dzieckiem, wstaje do niego w nocy. Nie mam czasu dla siebie. Wykonuję pracę za dwoje lub troje ludzi na raz. W domu nie ma czasu na odpoczynek. Nie śpię, jem świństwa. Gdy już mam wolny dzień to L. najczęściej jest w pracy (oboje mamy wymagającą, średnio płatną pracę w przekichanych godzinach - taka karma), a ja nadrabiam zaległości w doprowadzeniu domu i dziecka do porządku. W skrajnych wypadkach przez dwa lub trzy dni rozmawiamy tylko przez telefon, bo tak układają nam się zmiany, że gdy on wychodzi to ja jeszcze śpię, a gdy ja wracam to on już śpi. Na wspólny spacer z dzieckiem wychodzimy co dwa miesiące. Wspólnych wolny weekend? Luksus.

Zaczynam trzeci rok na wsi i dalej mieszkamy z mamą w niewielkim domku, chociaż naszym marzeniem jest własne lokum. Pracujemy na to ciężko, ale sprawy nie poszły za wiele do przodu. Nie zarabiamy kokosów, więc i oszczędności wolno rosną, a to nie zbliża nas do celu.

Nic tylko schować się w ciemną dziurę i biadolić, bo inni mają lepiej. A ja będę tkwić w tej stagnacji przez kolejnych dziesięć lat!

WERSJA OPTYMISTYCZNA

Mam pracę, męża, dziecko, których kocham miłością tak ociekającą w szczęście, że denerwuję tym niektórych ludzi. Na głowę nam nie pada. Nauczyłam się jeździć samochodem (tak wiem, umiałam już wcześniej, ale jak wiecie zaczęłam jeździć dopiero w tym roku). Roman rośnie i jest zdrowy. Ma w sobie tyle werwy i jest kompletnie niepokorny, przez co znalazłam w sobie pokłady cierpliwości i energii, o które nawet bym siebie nie podejrzewała. To prawdziwa próba charakteru i jestem dumna z siebie, że jak na razie udaje mi się z tym radzić.

Przeprowadzając się na wieś byłam przekonana, że wyląduję na bezrobociu, a mam pracę i do tego awansowałam niedługo po tym, jak do niej wróciłam! (Czy wam o tym wspominałam? Hmm... chyba nie, wybaczcie. To nie jest zbędna skromność, zwyczajnie zapomniałam się pochwalić.). Podróże do pracy? Z oszczędności paliwa nauczyłam się jeździć ekonomiczniej (L. jest ze mnie dumny), a olej napędowy ostatnio staniał, więc z punktu widzenia samodoskonalenia i finansów - same plusy.

Kocham moją wieś - krowy za oknem, las wokół, sąsiadów, którzy znają mnie od dziecka i zawsze mogę na nich liczyć, chociaż często nazywamy ich w żartach "naszymi prywatnymi Kargulami". Mam sentyment nawet do obrzydliwie gryzących komarów i wszędzie srających latem much - nie ma to jak swojskie klimaty. Z L. mamy mało czasu dla siebie, dlatego staramy się wykorzystywać go do maksimum. Rzadko marnuję czas wolny, bo mam wieczne coś do roboty. Mam marzenia i wiem, że jestem bliżej ich spełnienia. Domu nie postawiłam, ale załatwiliśmy dziesiątki formalności związanych z działką, żeby się zbliżyć do jego budowy. 

Jesteśmy na dobrej drodze do celu. Jeszcze tylko trochę pracy i wysiłku. Wszystko idzie w dobrym kierunku.

* * *

Co różni obie wersje? Rzeczywistość ta sama, tylko punkt widzenia inny. Kwestia, który z nich obierzemy, i który stworzy pryzmat przez jaki będziemy oglądać nie tylko naszą przeszłość, ale i przyszłość.

Spytacie co do tego wszystkiego ma mityczny Pigmalion? Był królem Cypru i rzeźbiarzem, który nie mógł odnaleźć idealnej kobiety swojego życia. Stworzył więc ten ideał - wyrzeźbił posąg, który obdarzał miłością i względami godnymi idealnej kobiety. Pewnego dnia Afrodyta, ujęta jego wytrwałością, zlitowała się nad ich "kamienną" miłością i ożywiła posąg. Marzenie Pigmaliona ziściło się, bo było oparte na ogromnym pragnieniu króla.

Tym właśnie jest samospełniająca się przepowiednia, inaczej nazywana "efektem Pigmaliona". Gdy myślimy o złych rzeczach to ściągamy je na siebie, podobnie jest, gdy myślimy dobrze. I nie jest to czarna magia, ale czysta psychologia. Kierunek naszych myśli wskazuje tor naszym działaniom. Podświadomie wykonujemy takie ruchy, które prowadzą nas do ich spełnienia. Jeśli są one negatywne, to raczej nie zaprowadzą nas bliżej naszych marzeń. Za to, gdy przekonany samych siebie, że jesteśmy skazani na sukces to każda komórka naszego ciała i umysłu do niego dąży.

Byliście kiedyś na rozmowie o pracę, którą bardzo chcieliście dostać, ale w to głęboko wątpiliście? Wasze nastawienie najpewniej uczyniło, że na rozmowie byliście niepewni siebie, zniechęceni i zgaszeni. Nie pokazaliście pełni swoich możliwości przez co praca wam umknęła. Kto ją dostał? Ktoś, kto przyszedł przekonany, że ma na nią realne szanse - pokazał się z najlepszej strony, zrobił świetne wrażenie (bo pierwsze wrażenie przecież robi się tylko raz). Tak więc siedzi sobie teraz w pracy, o której wy możecie tylko marzyć, bo zwyczajnie nie wierzycie we własne powodzenie. Jesteśmy kowalami własnego losu.

Postanowienia na przyszły rok? Ożywiać swoje posągi! Czego życzę również Wam.




Jeśli spodobał Ci się ten tekst lub w jakimś stopniu uważasz go za przydatny, ważny lub wart zobaczenia będę wdzięczna za jego polubienie i udostępnienie (żółte ikony poniżej).

Będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawisz tu swój komentarz, bo cenię sobie Twoją opinię.

Możesz też polubić mój fanpage na Facebooku oraz śledzić na Instagramie.

Pamiętaj - bez Ciebie to miejsce nie istnieje. Rośnie i rozwija się dzięki Twojej uwadze :)