Księgarz? A co to?

Rusznikarz, snycerz, bednarz? Niewielu bez zająknięcia potrafiłoby odpowiedzieć kim oni są. Ja sama chwilę musiałam się zastanowić zanim odpowiedziałam sobie na to pytanie. Zawody giną, bo nie ma zapotrzebowania na wytwarzane przez nich wyroby. Trochę smutne, ale to naturalna kolej rzeczy znana od wieków. Jedyna różnica polega na tym, że żyjemy w czasach, kiedy zmiany następują w przerażającym czasem tempie i nie zawsze jesteśmy w stanie za nimi nadążyć. Osobiście budzi to moją niepewność. Zauważyłam niestety, że coraz częściej zmiany zamiast wzbogacać naszą tradycję to ją depczą, albo zwyczajnie o niej zapominają. I właściwie tylko to jest przedmiotem moich obaw.


Sama wykonuje pewien zawód. Jestem księgarzem. Tak, oznacza to, że sprzedaję książki. Czym więc różnię się od Pani sprzedającej w kiosku, czy markecie? Przede wszystkim dziedziną handlu, ale nie tylko. Książki to mój świat. Wiem, jak są wydawane (bo właściwie moje wykształcenie poszło w tym kierunku), znam czołowe polskie wydawnictwa i pisarzy, orientuję się w nowościach wydawniczych, zagłębiam się coraz bardziej w rynek książki i nawet jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, czym jest magiczny numer ISBN (dla wielu tożsamy po prostu z kodem kreskowym). Oczywiście jest jeszcze jedno - czytam i uwielbiam to.

Kiedyś księgarz to był ktoś, kto zna się na książkach - usłyszałam wczoraj od pewnej osoby, która dowiedziała się, gdzie pracuję. Kiedyś? Hmmm... Drogi Panie, otóż ja, księgarz, stoję przed Panem. I chociaż w niczym nie przypominam starszego Pana w okularach z lekkim "garbem", będącym skutkiem ciągłego pochylania się nad książką, który jest utożsamiany z tym mitycznym niemal zawodem, to właśnie nim jestem - w dżinsach, makijażu i butach na obcasie. Istnieję i mam się dobrze. Na pewno nie mam tego samego doświadczenia, bo dopiero je zdobywam, ale swój zawód traktuję dość poważnie.

Zawsze, gdy o tym myślę przypomina mi się pewna historia, która stała się już anegdotą, którą uwielbiam opowiadać. 

Rozmowa w szpitalu, gdzie byłam przyjmowana na oddział jeszcze w siódmym miesiącu ciąży. Pytania standardowe, czyli informacje o przyszłych rodzicach dziecka lekko kołyszącego się jeszcze pod sercem mamusi.
- Zawód męża - zapytała pielęgniarka.
- Kierowca - odpowiedziałam. Zapisała skrupulatnie.
- Pani zawód?
- Księgarz - odpowiedziałam z taką samą pewnością.
- Yyhh... - wyczułam lekką konsternację w głosie - mogłaby Pani powtórzyć?
- Księgarz.
- Ale że niby jak, nie rozumiem - to znaczy księgowa tak?
- Nie proszę Pani, księgarz, pracuję w księgarni i sprzedaję książki - dodałam dla ścisłości.
- Aha - zamruczała i zapisała, ale jakoś tak niepewnie, jakby nie powinna tego robić. Spojrzenie, którym mnie wtedy obdarzyła niosło ze sobą dużą dozę podejrzliwości. Zapewne podobnie zareagowałaby, gdybym powiedziała, że jestem talibskim terrorystą, który urwał się z pobliskich Klewek na krótką wizytę w szpitalu - niby wszyscy mówią, że tam byli, ale nikt ich nie widział.

Tak oto omal nie zostałam księgową. To był dzień, w którym uświadomiłam sobie nietypowość i archaiczność mojego zawodu.

Zdjęcie mojego autorstwa - pochodzi z księgarni, w której pracuję :)


Jeśli spodobał Ci się ten tekst lub w jakimś stopniu uważasz go za przydatny, ważny lub wart zobaczenia będę wdzięczna za jego polubienie i udostępnienie (żółte ikony poniżej).

Będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawisz tu swój komentarz, bo cenię sobie Twoją opinię.

Możesz też polubić mój fanpage na Facebooku oraz śledzić na Instagramie.

Pamiętaj - bez Ciebie to miejsce nie istnieje. Rośnie i rozwija się dzięki Twojej uwadze :)