Rooomaaaan! Nieeee!


Miałam chęć napisać krótki dowcipny tekst - wyszedł długi i trochę bardziej poważny, ale i dzień miałam bardziej poważny, co mnie nastroiło odpowiednio.

Odkąd jest z nami Roman coraz częściej uświadamiam sobie jak różne są dzieci. To, co dla jednych jest naturalne i przychodzi z łatwością dla innych bywa nie do przyjęcia. Czasami gdy słyszę o ukochanych oczkach w głowie moich koleżanek to aż trudno mi uwierzyć, że jak to: przesypiają całą noc odkąd skończyły miesiąc? Nie wyciągają śmieci z kosza? Nie krzyczą przy ubieraniu? A o tym, że niektórzy nie wiedzą, co to kolka u dziecka to już w ogóle dla mnie jakiś kosmos. A z drugiej strony oni słuchają z niedowierzaniem, że Romek je z apetytem i nie pluje jedzeniem, że bez problemu przestawił się na na butelkę i tak dalej. Dziwne stworzenia te nasze dzieci. Co tu dużo mówić - mają swoje charakterki.

Ale przychodzi moment, kiedy uświadamiamy sobie, że oto trzeba nasze pociechy wychowywać i o ile niektóre rzeczy przychodzą z łatwością i naturalnie, tak nad niektórymi trzeba solidnie popracować. Podobno dzieci rozumieją znaczenie słowa "nie" już jak mają kilka miesięcy, a my rodzice powinniśmy konsekwentnie i mądrze tego wyrazu używać. Trzeba też zrozumieć, że nie ma ono tylko i wyłącznie negatywnego wydźwięku, ot zwyczajnie - ten niewielki wyraz stawia nam umowne granice, które same w sobie nie są złe (o czym chociażby możecie przeczytać tutaj). Zanotowałam, zrozumiałam - a przynajmniej tak mi się wydawało.

Ambitnie postanowiłam zostać świadomą matką i od początku uczyć własną latorośl co mu wolno, a czego nie wolno. Jak to mówią - jeśli od razu pozna granice to łatwiej będzie mu się odnaleźć w ich obrębie w przyszłości. Dalej tak uważam, ale zmieniłam swój pogląd na temat zakresu tych granic. Muszę nadmienić, że mój pierworodny należy to żywiołowych maluszków i z uporem maniaka stara się zbadać empiryczne wszystkie przedmioty i zjawiska, które go otaczają - nawet takie, które nam, naiwnym czasem dorosłym, nie przeszłyby przez myśl. Jednym słowem - jestem mamą niepoprawnego urwisa.

Moja przygoda ze słowem "nie" zaczęła się, gdy Romcio zaczął raczkować i nie była to bynajmniej przygoda czysto językowa. Przecież to nie mogło być trudne - w tylu poradnikach piszą, że wystarczy być wytrwałym i konsekwentnym, a zaowocuje to grzecznym jak aniołek dzieckiem. Mówiłam więc "nie". Tak, byłam wytrwała i byłam konsekwentna. Chciałam być przecież taka świadoma w swoim macierzyństwie. Romek moje "nie" rozumiał - to wiedziałam, ale wiedziałam też, że nie miał zamiaru mnie słuchać. To właściwie zdrowy objaw. "Nie" oznaczało dla niego jedno - za tym zlepkiem trzech liter kryło się coś niesamowicie ciekawego i on chciał to odkryć. Jego upartość owocowała złością na niewdzięczną matkę, która odgradzała go od przygód. 

Mijały dni, a ja sama zaczęłam widzieć w sobie potwora. Zabraniałam mu wchodzić pod stół, ściągać książki z półek i bawić się śmieciami z podłogi. O zgrozo! Byłam okropna! "Nie" stało się najczęściej wypowiadanym przeze mnie słowem. 

Głupia byłam jak but. Sterroryzowałam własne, pierworodne, ukochane dziecko! Zwyczajnie okazało się, że Romcio słyszał ode mnie ciągły zakaz niemal wszystkiego. Dobra - łobuzował i miał tendencje do robienia rzeczy ekstremalnych (klik), ale i matka umiar musi znać. Wyluzowałam. Roman biega i łobuzuje w obrębie znacznie szerszych granic niż wcześniej. A ja? Stworzyłam moje umowne TOP 10 rzeczy, których jednak dalej mu zabraniam:

  1. Nie wkładamy języka do syfonu od wanny,
  2. Nie biegamy po domu ze zużytą pieluchą w ręku
  3. Nie gryziemy Mamy w sutki (właściwie to nie gryziemy mamy w ogóle, ale w sutki w szczególności),
  4. Nie bawimy się szczotką klozetową,
  5. Nie wygrzebujemy popiołu z popielnika i nie próbujemy tam wkładać kubka z piciem,
  6. Nie skaczemy na główkę z oparcia kanapy,
  7. Nie "przesadzamy" babci kwiatków i nie wsypujemy piachu do swoich bucików (już zaczęłam męczyć Męża o piaskownice dla Romana chociaż mamy jeszcze zimę, żeby na pewno była na wiosnę gotowa - to już desperacja)
  8. Nie nurkujemy w muszli klozetowej,
  9. Nie wyciągamy śmieci ze śmietnika,
  10. Nie wyrywamy i nie zjadamy klawiszy od klawiatury (dotyczy to też ładowarki do laptopa Mamy).

Zobaczymy co z tego wyniknie...


Jeśli spodobał Ci się ten tekst lub w jakimś stopniu uważasz go za przydatny, ważny lub wart zobaczenia będę wdzięczna za jego polubienie i udostępnienie (żółte ikony poniżej).

Będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawisz tu swój komentarz, bo cenię sobie Twoją opinię.

Możesz też polubić mój fanpage na Facebooku oraz śledzić na Instagramie.

Pamiętaj - bez Ciebie to miejsce nie istnieje. Rośnie i rozwija się dzięki Twojej uwadze :)