Powrót do pracy (część 2.)

Co na to Roman?


Pisałam już o moim dojazdach do i z pracy, ale właściwie był to tylko wstęp. Z moim powrotem do pracy przecież łączy się przede wszystkim zmiana dla mnie i Romcia. Do tej pory to ja decydowałam co ma dostać na śniadanie i obiad, gdzie i kiedy pójdzie na spacer, kiedy położy się na drzemkę. Ja uczyłam go jak brać jedzonko w paluszki, pić z kubeczka i pokazywać jaki duży urośnie. Ja, ja i jeszcze raz ja. Bo przecież to mój synek i to ja - wawrzynowa matka - miałam go wychowywać. 



Do dania, kiedy wszystko się zmieniło.

Ruszyłam spełniać swój księgarski obowiązek (za który właściwie to przecież mi płacą, ale nie żeby jakoś przesadnie niestety). Miałam ułatwioną sytuację, bo Romek został z babcią, z którą mieszka na co dzień. Ustaliłyśmy z mamą szczegóły, dogadałyśmy się w sprawach formalnych i ruszyłam.

Pierwsze dni były dość bezproblemowe. Romek nie dziwił się, że wychodzę, ale cieszył się, gdy wracałam. Spędzał czas z babcią, w ciągu dnia dobrze sypiał i dużo łobuzował, czyli wszystko było w normie. Potem był weekend i zaczęły się schody. Mój syn zaczął się buntować, że to ja kładę go na drzemkę. Nie chciał spać. Jak to - mama tak mało z nim bywa i jeszcze spać mu każą? Był płacz, krzyk, ryk, wołanie o pomstę do nieba i ciąganie za włosy... zasnął. To była prawdziwa batalia. W poniedziałek rano pierwszy raz Romcio zapłakał, kiedy wychodziłam do pracy. Chyba zrozumiał, że to nie jest tylko kilkudniowa zmiana.

Spanie nigdy nie było ulubioną zabawą mojego syna, a od jakiegoś już czasu postanowił budzić swoją bogu ducha winna mamusię częściej niż dwa razy w nocy. Mój powrót do pracy sytuacji nie poprawił. Znacie to uczucie, kiedy lekko rozkapryszone dziecko postanawia nagle o 3:00 w nocy (przy czym jest to druga lub trzecia pobudka), że jednak spał nie będzie? Do 4:00 lub 4:30 na przykład? Aha... bo  ja tak. Aaaa, kotki dwa nie pomaga. Ostatnio śpiewam mu na dobranoc Kaczkę dziwaczkę, bo kołysanki kojarzą mu się ze snem, a on przecież nie chce iść jeszcze spać! A co na to mamusia? Jak zwykle - uśmiecham się, tulam, mówię, że kocham. Bo przecież musi czuć, że nawet jeśli mama jeździłaby do pracy na drugi koniec świata, to są na ziemi rzeczy i uczucia, które nigdy się nie zmienią...


Zdjęcie pochodzi stąd

Jeśli spodobał Ci się ten tekst lub w jakimś stopniu uważasz go za przydatny, ważny lub wart zobaczenia będę wdzięczna za jego polubienie i udostępnienie (żółte ikony poniżej).

Będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawisz tu swój komentarz, bo cenię sobie Twoją opinię.

Możesz też polubić mój fanpage na Facebooku oraz śledzić na Instagramie.

Pamiętaj - bez Ciebie to miejsce nie istnieje. Rośnie i rozwija się dzięki Twojej uwadze :)