środa, lutego 11, 2015
Recenzja: Psychoanioł w Dublinie, Łukasz Stec
No więc jest kot Borys niedoszły samobójca. Rudy oczywiście, no bo jakżeby inaczej. Jest Wowa, czyli Wawrzyniec (co za piękne imię prawda?) - sprzedawca pierogów i artysta z zamiłowania. I oczywiście Anioł, dokładnie pschoanioł, czyli anioł ateistów - wysoki Indianin w zielonych kaloszach i kitlu lekarskim z przymocowanymi sztucznymi skrzydłami, który jest projekcją wyobrażeń Wowy o życiu pośmiertny i sumą jego doświadczeń w jednym. Gdyby organizowana konkurs na króla kiczu wśród anielskich zastępów mógłby liczyć na podium.
Krótko mówiąc - doborowe towarzystwo.

