Siedem dni z Romanem


Pierwszy rok życia Romana był dla mnie wyjątkowy pod każdym względem. Przeżyłam burzę hormonów po porodzie, fale radości przy pierwszym śmiechu, kilometry wspólnych spacerów, problemy z karmieniem, kolki, pierwsze przewrócenie na brzuszek. Do tego zrozumiałam, czym naprawdę jest cierpliwość, poczułam fascynację nad entuzjazmem, z jakim Roman podchodził do całego świata i usłyszałam milion "dobrych" rad, które budziły nieprzyjemną konsternację w obawie, że nie jestem taką matką, jaką powinnam. Spałam mało, czuwałam dużo. Cały pierwszy rok Romana należał do mnie.

Potem poszłam do pracy.


Nie wiem, nie znam się, nie ogarniam...


Przychodzi taki dzień, kiedy mam ochotę zamienić się w białą mysz, schować się w ciemną dziurę i udawać, że mnie nie ma.

Gdy Roman budzi mnie bezlitośnie trzy noce pod rząd, jestem przeziębiona i zbliża mi się okres. W pracy czeka na mnie stos dokumentów, miliony zamówień do zrobienia, klienci i pracownicy, którzy oczekują ode mnie działań, co do których nie zawsze posiadam moc sprawczą.


Znacie tę reklamę o kobiecie, która wraca do domu z pracy i wszędzie natyka się na karteczek typu "post it" z milionem spraw do załatwienia? Brakuje jej magnezu i po jego zażyciu cudownie sobie ze wszystkim radzi. Taaaa, jasne. Tak właśnie chwilami się czuję. Tylko ze zbawczą mocą magnezu to jak z księciem na białym koniu - możesz sobie czekać, ale zajmuje to podobno jakieś 100 lub 150 lat, a ty bynajmniej przez ten czas nie będziesz sobie słodko spała w wysokiej wieży na królewskim łóżku. Prędzej, jak siostry Kopciuszka, obetniesz sobie piętę lub palce, żeby chociaż spróbować osiągnąć to, co raczej nie jest ci dane. Daremne żale, próżny trud kochani. Trzeba zewrzeć poślady, zacisnąć zęby i wziąć życie za rogi.


Spotkanie z Pigmalionem - zamiast podsumowania



Zacznę od podsumowania minionego roku w dwóch wersjach.

WERSJA PESYMISTYCZNA

W pracy spędzam 10 do 12 godzin na dobę. Jest bardzo wymagająca i czasochłonna. Jest oddalona o 50 km od mojego domu przez co średnio 10 godzin tygodniowo tracę na podróże i palę hektolitry drogiego paliwa. Gdy już wrócę do domu to sprzątam, zajmuje się dzieckiem, wstaje do niego w nocy. Nie mam czasu dla siebie. Wykonuję pracę za dwoje lub troje ludzi na raz. W domu nie ma czasu na odpoczynek. Nie śpię, jem świństwa. Gdy już mam wolny dzień to L. najczęściej jest w pracy (oboje mamy wymagającą, średnio płatną pracę w przekichanych godzinach - taka karma), a ja nadrabiam zaległości w doprowadzeniu domu i dziecka do porządku. W skrajnych wypadkach przez dwa lub trzy dni rozmawiamy tylko przez telefon, bo tak układają nam się zmiany, że gdy on wychodzi to ja jeszcze śpię, a gdy ja wracam to on już śpi. Na wspólny spacer z dzieckiem wychodzimy co dwa miesiące. Wspólnych wolny weekend? Luksus.