Siedem sprawdzonych zasad budowania trwałego związku, czyli dlaczego moje małżeństwo jeszcze się nie rozpadło


Jeśli szukacie księcia z bajki to lepiej kupcie sobie opasły tom baśni dla dziewczynek do lat sześciu, przeczytajcie je dokładnie dwa razy i wyrośnijcie z nich! Wy też nie jesteście księżniczkami, a przynajmniej nie z tej bajki, którą czytali inni. Nic dziwnego, że coraz częściej mamy problem ze zbudowaniem związku. Coraz bardziej cenimy sobie indywidualność, niezależność i bezkompromisowość. Budujemy większe poczucie własnej wartości i pielęgnujemy asertywność. Cechy godne pochwały, ale tylko do momentu, w którym się w nich nie zapędzimy. Zawsze usłyszymy od przyjaciół: "ona (on) na ciebie nie zasługuje", "jesteś dla niego (jej) za dobra(y)", "nie musisz iść na ustępstwa, rób to, czego ty chcesz", aż zaczynamy w to wierzyć. Trudno zbudować relację z drugim człowiekiem skoro ona szuka księcia na białym koniu - pięknego, romantycznego i bogatego. A on najgorętszej laski w całym królestwie, którą chciało mieć co najmniej stu innych bohaterskich rycerzy, ale tylko jemu się udało. A do tego jeszcze dostanie połowę pokaźnego majątku jej tatusia w pakiecie. Smoka możemy pominąć - po co sobie brudzić ręce.

Nie znam się, więc się wypowiem | recenzja i studium przypadku

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Pięćdziesiąt twarzy Greya - o tej książce napisano już niemal wszystko. Podzieliła czytelników na całym świecie. Zanim zobaczyłam ją na księgarnianej półce zdążyłam już usłyszeć o niej "jedyną słuszną prawdę". Krytycy wdeptali ją w ziemię - "sado-maso dla kur domowych", gdzie seks wycieka między kartkami i aż dziw, że okładka nie jest od tego mokra. Komentarze w sieci nie zostawiły na książce suchej nitki - makulatura niegodna uwagi.

weszła drobna malutka z kosą jak zapałka...

cud śmierć

Tata zawsze jej powtarzał, że całe życie uczymy się sami siebie, a to nie jest łatwa nauka. Świat jest brutalny – powtarzał, ale ona nie lubiła tego słychać. Nie zawsze wszystko układało się po jej myśli, ale przecież miała gdzie wracać, gdzie się schować.

Każdy człowiek powinien mieć swoją przystań, do której można uciec, kiedy wszystko wali się na głowę. Nie zawsze tworzą ją miejsca. Bywa, że składa się z samych ludzi i znajduje się "w odpowiednim miejscu i czasie".

Któregoś dnia jej przystań zniknęła. Tak zwyczajnie, po cichu, a jednak z nieznaną dotąd gwałtownością. Długo grunt trząsł się pod nogami zanim się osunął. Chciała walczyć, ale wydawała się być za słaba. Modliła się więc o cud. To  było jedyne na co mogła wtedy liczyć.

Mijały tygodnie - długie i wyczerpujące, aż w końcu Cud nadszedł. Widziała go jak przechodził przez próg domu.



Recenzja: Psychoanioł w Dublinie, Łukasz Stec

Psychoanioł w Dublinie Łukasz Stec recenzja

No więc jest kot Borys niedoszły samobójca. Rudy oczywiście, no bo jakżeby inaczej. Jest Wowa, czyli Wawrzyniec (co za piękne imię prawda?) - sprzedawca pierogów i artysta z zamiłowania. I oczywiście Anioł, dokładnie pschoanioł, czyli anioł ateistów - wysoki Indianin w zielonych kaloszach i kitlu lekarskim z przymocowanymi sztucznymi skrzydłami, który jest projekcją wyobrażeń Wowy o życiu pośmiertny i sumą jego doświadczeń w jednym. Gdyby organizowana konkurs na króla kiczu wśród anielskich zastępów mógłby liczyć na podium. 

Krótko mówiąc - doborowe towarzystwo.

Recenzja: Piękna katastrofa | Miniaturzystka, Jessie Burton

Miniaturzystka Jessie Burton recenzja

Niektóre książki docierają do księgarń powoli, nie zważając na to, że przecież były umówione na konkretny dzień i grzeczność nakazuje się zjawić. W ten sposób jedna z nich nie doszła do nas na czas swojej premiery - cóż za tupet! 

Któregoś dnia w końcu do nas zawitała, po cichu, jakby chciała przeprosić za spóźnienie. Umościła się na półce z nowościami, licząc na to, że może nikt nie zauważy, że tak długo jej nie było. Na jakiś czas jej się to nawet udało. Ostatecznie jednak nie zdołała umknąć mojej uwadze. Chociaż krótki opis na okładce książki zupełnie mnie nie zachęcał do czytania to zrobiła to za niego okładka i pewna moja przyjaciółka. Ale zacznijmy od początku.



Jaki prezent dla dwulatka?

Roman skończył dwa lata. To się w końcu musiało stać. Ledwie otrząsnęliśmy się po Bożym Narodzeniu i już wszyscy pytają: Co kupić Romkowi? Tak się składa, że posiada on rzesze kochających go ciotek, wujków i dziadków, więc zaczęłam już w grudniu chować część zabawkowego świata mojego synka, żeby pomieścić wszystkie te radości, które miały go czekać najpierw 24 grudnia, a potem 22 stycznia. W oczach miałam przerażenie.

Mamą dwulatka jestem po raz pierwszy i nie miałam pojęcia co się kupuje chłopcom w tym wieku! Czasem wydawało mi się, że coś będzie świetnym pomysłem, a poszło w kąt. Za to niepozorna zabawka stawał się ulubieńcem Romana. Oto kilka z tych, które zdecydowanie przypadły mu do gustu.


Siedem dni z Romanem


Pierwszy rok życia Romana był dla mnie wyjątkowy pod każdym względem. Przeżyłam burzę hormonów po porodzie, fale radości przy pierwszym śmiechu, kilometry wspólnych spacerów, problemy z karmieniem, kolki, pierwsze przewrócenie na brzuszek. Do tego zrozumiałam, czym naprawdę jest cierpliwość, poczułam fascynację nad entuzjazmem, z jakim Roman podchodził do całego świata i usłyszałam milion "dobrych" rad, które budziły nieprzyjemną konsternację w obawie, że nie jestem taką matką, jaką powinnam. Spałam mało, czuwałam dużo. Cały pierwszy rok Romana należał do mnie.

Potem poszłam do pracy.


Nie wiem, nie znam się, nie ogarniam...


Przychodzi taki dzień, kiedy mam ochotę zamienić się w białą mysz, schować się w ciemną dziurę i udawać, że mnie nie ma.

Gdy Roman budzi mnie bezlitośnie trzy noce pod rząd, jestem przeziębiona i zbliża mi się okres. W pracy czeka na mnie stos dokumentów, miliony zamówień do zrobienia, klienci i pracownicy, którzy oczekują ode mnie działań, co do których nie zawsze posiadam moc sprawczą.


Znacie tę reklamę o kobiecie, która wraca do domu z pracy i wszędzie natyka się na karteczek typu "post it" z milionem spraw do załatwienia? Brakuje jej magnezu i po jego zażyciu cudownie sobie ze wszystkim radzi. Taaaa, jasne. Tak właśnie chwilami się czuję. Tylko ze zbawczą mocą magnezu to jak z księciem na białym koniu - możesz sobie czekać, ale zajmuje to podobno jakieś 100 lub 150 lat, a ty bynajmniej przez ten czas nie będziesz sobie słodko spała w wysokiej wieży na królewskim łóżku. Prędzej, jak siostry Kopciuszka, obetniesz sobie piętę lub palce, żeby chociaż spróbować osiągnąć to, co raczej nie jest ci dane. Daremne żale, próżny trud kochani. Trzeba zewrzeć poślady, zacisnąć zęby i wziąć życie za rogi.


Spotkanie z Pigmalionem - zamiast podsumowania



Zacznę od podsumowania minionego roku w dwóch wersjach.

WERSJA PESYMISTYCZNA

W pracy spędzam 10 do 12 godzin na dobę. Jest bardzo wymagająca i czasochłonna. Jest oddalona o 50 km od mojego domu przez co średnio 10 godzin tygodniowo tracę na podróże i palę hektolitry drogiego paliwa. Gdy już wrócę do domu to sprzątam, zajmuje się dzieckiem, wstaje do niego w nocy. Nie mam czasu dla siebie. Wykonuję pracę za dwoje lub troje ludzi na raz. W domu nie ma czasu na odpoczynek. Nie śpię, jem świństwa. Gdy już mam wolny dzień to L. najczęściej jest w pracy (oboje mamy wymagającą, średnio płatną pracę w przekichanych godzinach - taka karma), a ja nadrabiam zaległości w doprowadzeniu domu i dziecka do porządku. W skrajnych wypadkach przez dwa lub trzy dni rozmawiamy tylko przez telefon, bo tak układają nam się zmiany, że gdy on wychodzi to ja jeszcze śpię, a gdy ja wracam to on już śpi. Na wspólny spacer z dzieckiem wychodzimy co dwa miesiące. Wspólnych wolny weekend? Luksus.