Nie, nie mieszkam na Mazurach


Uwaga - może być nudno i rozwlekle (ale na szczęście nie aż tak długo), więc jak chce się Wam spać to lepiej nie czytajcie.

Albo zróbcie sobie porządną kawę - tylko nie jakieś rozpuszczalne "niewiadomoco", tylko porządną, naturalną.

Ostatnio nawiedziła mnie pewna refleksja na temat mojego miejsca urodzenia, do którego postanowiłam wrócić i uczynić go również miejscem urodzenia moich dzieci. Mój dom stoi mniej więcej 2 kilometry od granicy kurpiowsko-mazurskiej. Wystarczy wsiąść w samochód i w ciągu 20 minut docieramy do całkiem niezłego skupiska jezior.

Ale ja na Mazurach nie mieszkam.

Dla warszawiaków żyjemy na Mazurach, dla Mazurów jesteśmy przystankiem na trasie warszawskiej, a dla znajomych ze Śląska to właściwie jesteśmy przedmieściem Stolicy. Są też tacy, którzy nawet zdają sobie sprawę z istnienia Kurpiowszczyzny, ale zawsze uważałam ich za zdecydowaną mniejszość.

Dlatego dawniej, gdy ktoś mnie pytał skąd jestem odpowiadałam, że z wioski pod Mazurami. Uważałam, że w ten sposób będzie im łatwiej umiejscowić moją małą wiochę w ich wyobraźni. Oni zapamiętywali jedno - byłam z Mazur. Było to kłamliwe uproszczenie.