Księgarz? A co to?

Rusznikarz, snycerz, bednarz? Niewielu bez zająknięcia potrafiłoby odpowiedzieć kim oni są. Ja sama chwilę musiałam się zastanowić zanim odpowiedziałam sobie na to pytanie. Zawody giną, bo nie ma zapotrzebowania na wytwarzane przez nich wyroby. Trochę smutne, ale to naturalna kolej rzeczy znana od wieków. Jedyna różnica polega na tym, że żyjemy w czasach, kiedy zmiany następują w przerażającym czasem tempie i nie zawsze jesteśmy w stanie za nimi nadążyć. Osobiście budzi to moją niepewność. Zauważyłam niestety, że coraz częściej zmiany zamiast wzbogacać naszą tradycję to ją depczą, albo zwyczajnie o niej zapominają. I właściwie tylko to jest przedmiotem moich obaw.


Sama wykonuje pewien zawód. Jestem księgarzem. Tak, oznacza to, że sprzedaję książki. Czym więc różnię się od Pani sprzedającej w kiosku, czy markecie? Przede wszystkim dziedziną handlu, ale nie tylko. Książki to mój świat. Wiem, jak są wydawane (bo właściwie moje wykształcenie poszło w tym kierunku), znam czołowe polskie wydawnictwa i pisarzy, orientuję się w nowościach wydawniczych, zagłębiam się coraz bardziej w rynek książki i nawet jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, czym jest magiczny numer ISBN (dla wielu tożsamy po prostu z kodem kreskowym). Oczywiście jest jeszcze jedno - czytam i uwielbiam to.


Małe metamofrozy | decoupage

Jak dziś pamiętam, gdy ślęczałam nad kartką papieru i starałam się narysować księżniczkę. Zawsze zazdrościłam Siostrze, której wychodziło to nadzwyczaj dobrze. Jej rysunki przypominały mi wtedy disnejowskie ideały piękności, a moje "stwory" miały raczej bliżej do bohaterów Nocy żywych trupów niż Królewny Śnieżki. Gdybyśmy miały stworzyć rysunki do Pięknej i Bestii to nie ulega wątpliwości, która z nas zajęłaby się stworzeniem której postaci.

Chęci jednak miałam wiele. Jakiś czas temu spotkałam się z formą zdobienia zwana decoupage, czyli metoda serwetkowa. Idea jest prosta - na specjalny klej (oparty na wikolu, czyli taki, który po wyschnięciu jest przezroczysty i wodoodporny) przyklejamy serwetkę do podłoża - drewna, papieru, a nawet metalu, a na koniec lakierujemy i w ten sposób powstaje małe cudo. Kusiło mnie to bardzo - malować nie potrafię, ale przyklejanie za to idzie mi całkiem nieźle. Poznałam tę formę zdobienia podczas pracy w dziale z artykułami kreatywnymi. Koleżanka pokrótce wyjaśniła, jak to się robi, a ja kupiła potrzebne materiały. Nikt mnie nie uczył, nie chodziłam na kursy ani nie czytałam książek na ten temat. Zaczęłam spełniać swoje dziecięce marzenia o tworzeniu pięknych rzeczy.



Pierwsza rzecz wyszła mi jako tako, druga trochę lepiej, a trzeciej to już nawet nie wstydziłam się ludziom pokazać. Po raz kolejny okazało się, że determinacja się opłaca.


Powrót do pracy (część 3.)

Krótka historia znikania


Ktoś mógłby pomyśleć, że zapadłam się pod ziemię. Ale ja bardziej jestem skłonna stwierdzić, że osiągnęłam stan odwrotny do nirwany - zamiast rozpłynąć się w niebycie, rozpływam się w natłoku spraw. Moja doba ma za mało godzin, ja mam za mało rąk, a mój świat zamiast się przez to kurczyć, to rozszerza się do wymiarów kosmosu przez co trudno mi go ogarnąć.


Dla tych, którzy zastanawiają się co robi Matka na dwóch etatach i dlaczego znikam częściej i na dłużej, należą się pewne wyjaśnienia. Jaki jest mój dzień? Krótki. Czasem nawet bardzo.