Nagi profesor na rowerze | o plotce słów kilka

Gdzie się nie ruszyłam w swoim życiu to zauważyłam, że ludzie uwielbiają mówić. I nie chodzi tu o zwykłe gadulstwo, którego podobno jestem mistrzynią, ale o zainteresowanie życiem innych. Czy chodzi o Kowalską spod piątki, pana listonosza, koleżanki z pracy, uczelni, naszych profesorów, przełożonych, albo o panią sprzątającą, która raz na tydzień myje klatkę schodową... każdy jest interesujący. Zjawisko to samo w sobie jest chwilami niezwykle intrygujące, chociaż potrafi mnie doprowadzić do szewskiej pasji. Sama czasem lubię "pogadać" na czyjś temat, ale staram się nie przekraczać jakiejś podstawowej granicy przyzwoitości. A ta granica bywa niezwykle cienka.

Rooomaaaan! Nieeee!


Miałam chęć napisać krótki dowcipny tekst - wyszedł długi i trochę bardziej poważny, ale i dzień miałam bardziej poważny, co mnie nastroiło odpowiednio.

Odkąd jest z nami Roman coraz częściej uświadamiam sobie jak różne są dzieci. To, co dla jednych jest naturalne i przychodzi z łatwością dla innych bywa nie do przyjęcia. Czasami gdy słyszę o ukochanych oczkach w głowie moich koleżanek to aż trudno mi uwierzyć, że jak to: przesypiają całą noc odkąd skończyły miesiąc? Nie wyciągają śmieci z kosza? Nie krzyczą przy ubieraniu? A o tym, że niektórzy nie wiedzą, co to kolka u dziecka to już w ogóle dla mnie jakiś kosmos. A z drugiej strony oni słuchają z niedowierzaniem, że Romek je z apetytem i nie pluje jedzeniem, że bez problemu przestawił się na na butelkę i tak dalej. Dziwne stworzenia te nasze dzieci. Co tu dużo mówić - mają swoje charakterki.

Ale przychodzi moment, kiedy uświadamiamy sobie, że oto trzeba nasze pociechy wychowywać i o ile niektóre rzeczy przychodzą z łatwością i naturalnie, tak nad niektórymi trzeba solidnie popracować. Podobno dzieci rozumieją znaczenie słowa "nie" już jak mają kilka miesięcy, a my rodzice powinniśmy konsekwentnie i mądrze tego wyrazu używać. Trzeba też zrozumieć, że nie ma ono tylko i wyłącznie negatywnego wydźwięku, ot zwyczajnie - ten niewielki wyraz stawia nam umowne granice, które same w sobie nie są złe (o czym chociażby możecie przeczytać tutaj). Zanotowałam, zrozumiałam - a przynajmniej tak mi się wydawało.


Powrót do pracy (część 2.)

Co na to Roman?


Pisałam już o moim dojazdach do i z pracy, ale właściwie był to tylko wstęp. Z moim powrotem do pracy przecież łączy się przede wszystkim zmiana dla mnie i Romcia. Do tej pory to ja decydowałam co ma dostać na śniadanie i obiad, gdzie i kiedy pójdzie na spacer, kiedy położy się na drzemkę. Ja uczyłam go jak brać jedzonko w paluszki, pić z kubeczka i pokazywać jaki duży urośnie. Ja, ja i jeszcze raz ja. Bo przecież to mój synek i to ja - wawrzynowa matka - miałam go wychowywać. 



Do dania, kiedy wszystko się zmieniło.


Powrót do pracy (część 1.)


Zasypie wszystko, zawieje. Czyli o Królowej Szos słów kilka


Mijają dwa tygodnie odkąd wróciłam do pracy. Staram się znaleźć choć chwilę, żeby opisać moje pierwsze tygodnie w nowej/starej pracy (o czym tutaj). Pozwólcie, że zacznę od tego, w jaki sposób dojeżdżałam do pracy. Bo, że kierowcą wybitnym nie jestem, to już wiecie (klik).


Tak, to było coś. Pierwsze trzy dni upłynęły pod znakiem siarczystych mrozów, które nastrajały mnie pozytywnie. Zaopatrzona w wełniany sweter i skarpetki, pełen bak paliwa, łańcuchy i łopatę w bagażniku torowałam sobie drogę do nowego podrozdziały w moim życiu. 


Głosowanie czas zacząć!

Jeszcze trzy miesiące temu idea blogowania była mi zupełnie obca. Ne wiem, kiedy obudziłam się rano i postanowiłam, że urządzę swój własny kąt w wirtualnym świecie. Ten blog to działanie zupełnie spontaniczne, niezapowiedziane i nieoczekiwane przeze mnie samą.