Ja wam opowiem o czym to jest


W kilku miejscach na moim blogu możecie odnaleźć sporadyczne recenzje przeczytanych książek. Nie wszystkie recenzuje. Nawet nie te, które lubię najbardziej lub najmniej. Zwyczajnie te, po których lekturze mam akurat wolny wieczór i chwilę ciszy. 

Za każdym razem mam ochotę wypaplać jak się książka skończyła. Zupełnie ją rozebrać, obnażyć i nie zostawić na niej suchej nitki. Sama nie wiem dlaczego jeszcze jakoś w wątły sposób trzymam się kanonu jak recenzja powinna wyglądać. I po co w ogóle się go trzymać? Przecież to i tak ocena subiektywna - nie chcesz to nie czytasz.

Zawsze, gdy o tym myślę przypomina mi się okres popularności Pachnidła Patricka Süskinda, a raczej filmu, który powstał z książki. Wszyscy chcieli go wtedy zobaczyć. Ja przez chwilę nawet też. Aż do pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy z przyjaciółmi i rozważaliśmy pójście do kina. Kolega oglądał już ten film i koniecznie chciał nam o nim opowiedzieć. Ale zbyt dobrze go znaliśmy i czuliśmy, że nie powinniśmy mu pozwalać, żeby się odzywał. 


Niedziela na wsi. Dzieje pewnej sielanki.


Zima szybkimi krokami zbliża się do naszego kurpiowskiego lasu. Sosny trzeszczą od mrozu - jeszcze niewielkiego, ale jednak -9°C to już raczej nie polska złota jesień. Rozpalony rano ogień trzaska w piecu i ciepło leniwie rozpływa się po całym domu. Ekspres do kawy pokwękuje pracowicie. Ze wstawaniem nie trzeba się spieszyć. Plany na niedzielę? Może wizyta u dziadków lub znajomych? Kościół? (hmm...) Albo spacer, ciepła herbata i książka. Dla Romana kredki, klocki i samochodziki. Ważne, żeby razem i jakoś tak bez myślenia, że praca, pieniądze albo inny problem, który na co dzień wierci nam mózg. I obowiązkowo trochę ciszy.

Sielanka.

A potem się budzę.


A nie lepiej wam w murawance siedzieć?
Czyli na co nam stara kurpiowska drewniana chałupa.


Kurpiowska wieś, u Teściów. L. w internecie szuka instrukcji obsługi do belownicy Taty, bo coś nawaliło i trzeba naprawić. Piję herbatę, jestem w czwartym miesiącu ciąży i zastanawiam się co dalej. Dopiero przeprowadziliśmy się na wieś i wprowadziliśmy do niewielkiego domku mojej Mamy - lato się już kończy, ale dalej jest ciepło i słonecznie. Od czasu do czasu snujemy wizję własnego domu. Nie stać nas na razie na to - to pewne, ale na szczęście marzenia jeszcze są za darmo, więc pomarzyć można.
.

Happily Ever After


Zorientowałam się, że z moim małżeństwem  dzieje się coś bardzo złego, gdy zaczęłam planować pogrzeb mojego męża.

Postanowiłam się wybrać na ten pogrzeb lub coś, co miało mu zapobiec. Często dobieram swoje lektury na podstawie pierwszego zdania i to była jedna z nich. Sięgnęłam po nią z nadzieją na zabawną i może trochę pouczającą opowieść w stylu książki W Paryżu dzieci nie grymaszą. I... ledwo dobrnęłam do końca.


... a światłość wiekuista niechaj mu świeci


Kiedy w naszym sąsiedztwie ktoś umiera świat staje na kilka dni w miejscu. Pogrzebowa flaga ponuro powiewa na wietrze, który przynosi ze sobą widmo przygnębiających zmian, a starannie wypisane klepsydry krzyczą z płotów i tablic ogłoszeniowych, że przyszedł czas, żeby się żegnać.

Ciało zmarłej osoby pozostaje w domu - często dlatego wynajmuje się specjalną "chłodnie", na której leży żegnana osoba, aby jej zwłoki nie stały się uciążliwe dla żywych. Zegary zatrzymuje się na godzinie, w której dusza opuściła ciało, żeby nie odmierzały mu już czasu. Jeden pokój staje się kaplicą - pełen kwiatów, palących się gromnic, przygniatającej ciszy i zapachu pustki.


Nie, nie mieszkam na Mazurach


Uwaga - może być nudno i rozwlekle (ale na szczęście nie aż tak długo), więc jak chce się Wam spać to lepiej nie czytajcie.

Albo zróbcie sobie porządną kawę - tylko nie jakieś rozpuszczalne "niewiadomoco", tylko porządną, naturalną.

Ostatnio nawiedziła mnie pewna refleksja na temat mojego miejsca urodzenia, do którego postanowiłam wrócić i uczynić go również miejscem urodzenia moich dzieci. Mój dom stoi mniej więcej 2 kilometry od granicy kurpiowsko-mazurskiej. Wystarczy wsiąść w samochód i w ciągu 20 minut docieramy do całkiem niezłego skupiska jezior.

Ale ja na Mazurach nie mieszkam.

Dla warszawiaków żyjemy na Mazurach, dla Mazurów jesteśmy przystankiem na trasie warszawskiej, a dla znajomych ze Śląska to właściwie jesteśmy przedmieściem Stolicy. Są też tacy, którzy nawet zdają sobie sprawę z istnienia Kurpiowszczyzny, ale zawsze uważałam ich za zdecydowaną mniejszość.

Dlatego dawniej, gdy ktoś mnie pytał skąd jestem odpowiadałam, że z wioski pod Mazurami. Uważałam, że w ten sposób będzie im łatwiej umiejscowić moją małą wiochę w ich wyobraźni. Oni zapamiętywali jedno - byłam z Mazur. Było to kłamliwe uproszczenie.


Król jest nagi


Chociaż nigdy nie rozumiałam zachwytów nad tabletami przyszedł w moim życiu ten" moment, w którym uświadomiłam sobie jego praktyczność. Tak oto - trochę z chęci i trochę z przypadku weszłam w posiadanie jednego z nich. Gdy pewnego wieczoru Roman grzecznie usnął wyśliznęłam się delikatnie przez drzwi wyjściowe na dwór i usiadłam przed domem rozkoszując się resztkami lata.

Włączam mój nowy tablet z radością posiadania Wi-Fi na swoim zadupiu. Nikt mi nie przeszkadzał, a cisza wgryzała się przyjaźnie w mój głośny świat. Starałam się uporać z tym błogosławieństwem techniki i odkryć jego możliwości, które rychło miały ułatwić i uprzyjemnić mi życie. Naprędce zalogowałam się do maila - cudownie! Internet działa! Przeglądam wiadomości w moim małym cudzie, patrząc na gwiazdy i słuchając muczenia krowy, która z jakiegoś powodu została przez jednego z sąsiadów pozostawiona na noc na przydomowym pastwisku.

Upajałam się tym eklektycznym klimatem.

Pociłam się nad nowym urządzeniem niemiłosiernie, żeby w jak najkrótszym czasie zorientować się w jego opcjach i możliwościach. Otoczona ciemnością jednak nagle poczułam na sobie obcy wzrok...


W cieniu Manitou | z Grahamem Mastertonem twarzą w twarz


Byłam dziwnym dzieckiem i jeszcze dziwniejszą nastolatką. I zapewne wielu mogłoby tak o sobie napisać, ale na pewno każdy z nas miałby do tego inny powód.

Molem książkowym nie byłam od początku. Moją pierwszą książką przeczytaną samodzielnie była Calineczka  - książeczka w oprawie broszurowej niewielkich rozmiarów. Potem było dużo lektur, które bardziej oglądałam niż czytałam. Wiele jednak zmieniło się, gdy miałam jakieś dwanaście lat - wtedy zaczęłam czytać prawdziwe książki. Jakie? Hmmm...

Jak dziś pamiętam, gdy sięgnęłam po Miasteczko Salem Stephena Kinga. Tak, wiem, nie była to najlepsza lektura dla dwunastolatki, ale zafascynowałam mnie. Skończyło się tym, że nałogowo zaczęłam czytać. Moi ulubieni autorzy jednak bynajmniej nie mogliby się spotkać wspólne przy kawie i pogawędzić o poglądach. Byli z zupełnie innych bajek.


Księgarz? A co to?

Rusznikarz, snycerz, bednarz? Niewielu bez zająknięcia potrafiłoby odpowiedzieć kim oni są. Ja sama chwilę musiałam się zastanowić zanim odpowiedziałam sobie na to pytanie. Zawody giną, bo nie ma zapotrzebowania na wytwarzane przez nich wyroby. Trochę smutne, ale to naturalna kolej rzeczy znana od wieków. Jedyna różnica polega na tym, że żyjemy w czasach, kiedy zmiany następują w przerażającym czasem tempie i nie zawsze jesteśmy w stanie za nimi nadążyć. Osobiście budzi to moją niepewność. Zauważyłam niestety, że coraz częściej zmiany zamiast wzbogacać naszą tradycję to ją depczą, albo zwyczajnie o niej zapominają. I właściwie tylko to jest przedmiotem moich obaw.


Sama wykonuje pewien zawód. Jestem księgarzem. Tak, oznacza to, że sprzedaję książki. Czym więc różnię się od Pani sprzedającej w kiosku, czy markecie? Przede wszystkim dziedziną handlu, ale nie tylko. Książki to mój świat. Wiem, jak są wydawane (bo właściwie moje wykształcenie poszło w tym kierunku), znam czołowe polskie wydawnictwa i pisarzy, orientuję się w nowościach wydawniczych, zagłębiam się coraz bardziej w rynek książki i nawet jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, czym jest magiczny numer ISBN (dla wielu tożsamy po prostu z kodem kreskowym). Oczywiście jest jeszcze jedno - czytam i uwielbiam to.


Małe metamofrozy | decoupage

Jak dziś pamiętam, gdy ślęczałam nad kartką papieru i starałam się narysować księżniczkę. Zawsze zazdrościłam Siostrze, której wychodziło to nadzwyczaj dobrze. Jej rysunki przypominały mi wtedy disnejowskie ideały piękności, a moje "stwory" miały raczej bliżej do bohaterów Nocy żywych trupów niż Królewny Śnieżki. Gdybyśmy miały stworzyć rysunki do Pięknej i Bestii to nie ulega wątpliwości, która z nas zajęłaby się stworzeniem której postaci.

Chęci jednak miałam wiele. Jakiś czas temu spotkałam się z formą zdobienia zwana decoupage, czyli metoda serwetkowa. Idea jest prosta - na specjalny klej (oparty na wikolu, czyli taki, który po wyschnięciu jest przezroczysty i wodoodporny) przyklejamy serwetkę do podłoża - drewna, papieru, a nawet metalu, a na koniec lakierujemy i w ten sposób powstaje małe cudo. Kusiło mnie to bardzo - malować nie potrafię, ale przyklejanie za to idzie mi całkiem nieźle. Poznałam tę formę zdobienia podczas pracy w dziale z artykułami kreatywnymi. Koleżanka pokrótce wyjaśniła, jak to się robi, a ja kupiła potrzebne materiały. Nikt mnie nie uczył, nie chodziłam na kursy ani nie czytałam książek na ten temat. Zaczęłam spełniać swoje dziecięce marzenia o tworzeniu pięknych rzeczy.



Pierwsza rzecz wyszła mi jako tako, druga trochę lepiej, a trzeciej to już nawet nie wstydziłam się ludziom pokazać. Po raz kolejny okazało się, że determinacja się opłaca.


Powrót do pracy (część 3.)

Krótka historia znikania


Ktoś mógłby pomyśleć, że zapadłam się pod ziemię. Ale ja bardziej jestem skłonna stwierdzić, że osiągnęłam stan odwrotny do nirwany - zamiast rozpłynąć się w niebycie, rozpływam się w natłoku spraw. Moja doba ma za mało godzin, ja mam za mało rąk, a mój świat zamiast się przez to kurczyć, to rozszerza się do wymiarów kosmosu przez co trudno mi go ogarnąć.


Dla tych, którzy zastanawiają się co robi Matka na dwóch etatach i dlaczego znikam częściej i na dłużej, należą się pewne wyjaśnienia. Jaki jest mój dzień? Krótki. Czasem nawet bardzo.



Nagi profesor na rowerze | o plotce słów kilka

Gdzie się nie ruszyłam w swoim życiu to zauważyłam, że ludzie uwielbiają mówić. I nie chodzi tu o zwykłe gadulstwo, którego podobno jestem mistrzynią, ale o zainteresowanie życiem innych. Czy chodzi o Kowalską spod piątki, pana listonosza, koleżanki z pracy, uczelni, naszych profesorów, przełożonych, albo o panią sprzątającą, która raz na tydzień myje klatkę schodową... każdy jest interesujący. Zjawisko to samo w sobie jest chwilami niezwykle intrygujące, chociaż potrafi mnie doprowadzić do szewskiej pasji. Sama czasem lubię "pogadać" na czyjś temat, ale staram się nie przekraczać jakiejś podstawowej granicy przyzwoitości. A ta granica bywa niezwykle cienka.

Rooomaaaan! Nieeee!


Miałam chęć napisać krótki dowcipny tekst - wyszedł długi i trochę bardziej poważny, ale i dzień miałam bardziej poważny, co mnie nastroiło odpowiednio.

Odkąd jest z nami Roman coraz częściej uświadamiam sobie jak różne są dzieci. To, co dla jednych jest naturalne i przychodzi z łatwością dla innych bywa nie do przyjęcia. Czasami gdy słyszę o ukochanych oczkach w głowie moich koleżanek to aż trudno mi uwierzyć, że jak to: przesypiają całą noc odkąd skończyły miesiąc? Nie wyciągają śmieci z kosza? Nie krzyczą przy ubieraniu? A o tym, że niektórzy nie wiedzą, co to kolka u dziecka to już w ogóle dla mnie jakiś kosmos. A z drugiej strony oni słuchają z niedowierzaniem, że Romek je z apetytem i nie pluje jedzeniem, że bez problemu przestawił się na na butelkę i tak dalej. Dziwne stworzenia te nasze dzieci. Co tu dużo mówić - mają swoje charakterki.

Ale przychodzi moment, kiedy uświadamiamy sobie, że oto trzeba nasze pociechy wychowywać i o ile niektóre rzeczy przychodzą z łatwością i naturalnie, tak nad niektórymi trzeba solidnie popracować. Podobno dzieci rozumieją znaczenie słowa "nie" już jak mają kilka miesięcy, a my rodzice powinniśmy konsekwentnie i mądrze tego wyrazu używać. Trzeba też zrozumieć, że nie ma ono tylko i wyłącznie negatywnego wydźwięku, ot zwyczajnie - ten niewielki wyraz stawia nam umowne granice, które same w sobie nie są złe (o czym chociażby możecie przeczytać tutaj). Zanotowałam, zrozumiałam - a przynajmniej tak mi się wydawało.


Powrót do pracy (część 2.)

Co na to Roman?


Pisałam już o moim dojazdach do i z pracy, ale właściwie był to tylko wstęp. Z moim powrotem do pracy przecież łączy się przede wszystkim zmiana dla mnie i Romcia. Do tej pory to ja decydowałam co ma dostać na śniadanie i obiad, gdzie i kiedy pójdzie na spacer, kiedy położy się na drzemkę. Ja uczyłam go jak brać jedzonko w paluszki, pić z kubeczka i pokazywać jaki duży urośnie. Ja, ja i jeszcze raz ja. Bo przecież to mój synek i to ja - wawrzynowa matka - miałam go wychowywać. 



Do dania, kiedy wszystko się zmieniło.


Powrót do pracy (część 1.)


Zasypie wszystko, zawieje. Czyli o Królowej Szos słów kilka


Mijają dwa tygodnie odkąd wróciłam do pracy. Staram się znaleźć choć chwilę, żeby opisać moje pierwsze tygodnie w nowej/starej pracy (o czym tutaj). Pozwólcie, że zacznę od tego, w jaki sposób dojeżdżałam do pracy. Bo, że kierowcą wybitnym nie jestem, to już wiecie (klik).


Tak, to było coś. Pierwsze trzy dni upłynęły pod znakiem siarczystych mrozów, które nastrajały mnie pozytywnie. Zaopatrzona w wełniany sweter i skarpetki, pełen bak paliwa, łańcuchy i łopatę w bagażniku torowałam sobie drogę do nowego podrozdziały w moim życiu. 


Głosowanie czas zacząć!

Jeszcze trzy miesiące temu idea blogowania była mi zupełnie obca. Ne wiem, kiedy obudziłam się rano i postanowiłam, że urządzę swój własny kąt w wirtualnym świecie. Ten blog to działanie zupełnie spontaniczne, niezapowiedziane i nieoczekiwane przeze mnie samą. 


Tort Romana

22 stycznia Roman skończył rok. Nie wiem, kiedy ten czas minął. Dopiero od dwunastu miesięcy jestem mamą i właściwie już mogłabym zacząć sentymentalnie wzdychać: Ale te dzieci szybko rosną. W związku z tą okazją postanowiłam stanąć na wysokości zadania i... upiec synowi jego pierwszy tort.


W kręgu piekielnych sztuczek...

Niech się chowają wszystkie popkulturowe wampiry, bo nadchodzi Słaboniowa razem ze strzygami, zmorami, południcami i diabłem w czystej postaci - a raczej w brudnej i właściwie to w postaci kozła, który śmierdzi łajnem i chucią.


Jest to jedna z niewielu książek, która mnie naprawdę zachwyciła. Łańcucka tworzy magiczny świat w samym środku pospolitej wsi. Powołuje do życia słowiańskie gusła i zabobony, w które czasami aż ciężko nie uwierzyć.

Wy to, Słaboniowa, zawsze tak zakręcicie, 
że człowiek sam nie wie, w co wierzyć, 
i widzi rzeczy, których nie ma.



Zostać szczęśliwym człowiekiem

Do szóstego roku życia upierałam się, że zostanę archeologiem ze ścisłym nakierowaniem na paleontologię. Uwielbiałam dinozaury i grzebanie w piachu, a odkrywanie to była moja ulubiona zabawa. Następnie jako już dojrzała siedmiolatka upodobania zmieniłam i postanowiłam zostać astronomem (chociaż długo żyłam w rozterce, że może lepiej być astronautą, bo to przecież większa przygoda). Potrafiłam godzinami leżeć w ciepłe lipcowe wieczory na kocu na podwórku i gapić się w niebo. Gdy po raz pierwszy, za sprawą Taty, zamieszkał z nami pierwszy atlas z mapą nieba - wychodził na nocne eskapady razem ze mną. Dziś nawet znalazłam lunetę, którą kupił wtedy Tata (a wydatek był to niemały), żebym mogła obserwować księżyc z bliższej perspektywy. I tak zaczął się poszerzać mój świat - jego poznawanie zaczęłam od kosmosu.


Jak nietrudno się domyślić astronomem ani archeologiem nie zostałam. Nie wiem, kiedy zeszłam z tej drogi. Pamiętam jedynie, że jeszcze w pierwszej klasie liceum miałam szóstkę ze sprawdzianu z fizyki z działu astronomicznego, a następnie zawiodłam mojego nauczyciela przedmiotu, że jednak nie jestem odkryciem w dziedzinie fizyki i do końca szkoły zadowalałam się czwórkami, trójkami i sporadycznymi piątkami. Z odkrycia nici. Dobra byłam z polaka, a jak! Ale lekcji polskiego nie lubiłam (no chyba, że do odpowiedzi został wywołany jeden z kilku moich kolegów - wtedy można było boki zrywać, uwieeeelbiałam to) i do końca twierdziłam, że na polonistykę nie pójdę. Kiedy zmieniłam zdanie? Chyba w dniu składania papierów na studia.



I jeszcze ja! Czyli blog roku 2013

Właściwie to czemu nie pokazać się światu? Tak, więc i ja biorę udział na blog roku 2013 - trochę dla rozrywki, tyci z ciekawości i kapkę dla reklamy. Nie żebym oczekiwała masowych zachwytów i wielkich nagród (chociaż już widzę siebie realizującą voucher na wycieczkę, no i jeszcze obowiązkowo ten na biżuterię - ech, pomarzyć można, a czasem nawet trzeba), ale każdy powód jest dobry, żeby Wawrzyna pokazać światu.

Dla zainteresowanych - głosowanie zacznie się w lutym, więc gdybyście mieli ochotę wesprzeć Wawrzyna to będę wdzięczna ogromnie :)


Ej, ty nowa!

Wybaczcie mi moją nieobecność. Widzę jak drastycznie spadła liczba odwiedzin bloga, kiedy nic nie pisałam i tym bardziej miło mi, że byli tacy, którzy odwiedzili moje Wawrzynowo mimo wszystko. Ostatnimi dniami usilnie próbowałam przyzwyczaić się do myśli, że idę do pracy i bardzo skupiłam się na tym, żeby nie zapomnieć tam pojechać. Możecie się śmiać, ale naprawdę bałam się, że wstanę rano 22 stycznia i zapomnę, że miałam się wybrać do roboty. A to mogłoby się nie spodobać szefostwu. I to jest mój sukces numer jeden - wstałam rano i pojechałam do pracy.



Termometr wskazywał -15 st. C, a ja odbywałam moją pierwszą w pełni samodzielną podróż samochodem dalszą niż 20 kilometrów. Lasem, polem i drogą krajową nr 53 - dojechałam. Ufff...

Trzeba Wam wiedzieć, że w mojej pracy nie pierwszy raz jestem nowa. Firma ma wiele filii, a ja zdążyłam pracować w trzech z nich, a do tego na różnych działach. Wierzcie mi, że to dziwne uczucie, kiedy jesteście w firmie już któryś rok, a nadal potraficie usłyszeć: "Ta Pani jest tutaj nowa". Co prawda znam cały tok pracy, wiem sporo o firmie i znam większość ludzi, ale od nowa uczę się asortymentu, przyzwyczajeń innych pracowników i ich wewnętrznego systemu pracy, a stali klienci uczą się mnie. Może się to wszystko znudzić. Tak więc - jestem w mojej starej pracy nowa po raz enty.



Mój Supermen

Pewnego dnia na księgarnianej półce znalazłam małą książeczkę podarunkową pt. Dzielnemu Tacie. Na pewno je znacie - takie kieszonkowe z ilustracjami i wierszykami z przeznaczeniem dla przyjaciół, miłości, rodziców i innych osób. Można je podarować, zamiast kartki okolicznościowej i wpisać na pierwszej stronie krótką dedykację. Kupiłam ją. To było w kilka lat po śmierci Taty, wiedząc, że nie będę jej miała komu podarować. To nic. Do dziś stoi na mojej półce, jakby czekała na swojego właściciela. Wzięłam ją, bo na samym początku znajdował się pewien tekst, który - miałam nieodparte wrażenie - jest o kimś, kogo doskonale znałam.


Tata to...
...zwyczajny człowiek, który stara się jak może, by zastąpić Supermana;
...źródło dobrych, ale zwykle zbędnych rad;
...ekspert prawie że od wszystkiego;
...ktoś, kto wszystko wie, ale woli na wszelki wypadek sprawdzić;
(...)
Tatusiowie to najzwyklejsi ludzie, którzy dzięki miłości przemieniają się w poszukiwaczy przygód, wykonawców zabawnych piosenek, autorów barwnych opowieści.
Umieją wszystko, pamiętają setki anegdot.
Mają stanowcze zdanie na temat polityki, psów, sportu i ochrony środowiska.
Posiadają szuflady, podła i garaże pełne bardzo cennych rupieci.
Już nie są zwyczajnymi ludźmi.
Są wyjątkowi.

Dziś przypomniałam sobie o tej książeczce.


O demonach, skrzatach i rusałkach...


Oto jedna z tych książek, które były moje już w momencie, kiedy pierwszy raz wzięłam je do ręki. Decyzja o zakupie podjęła się sama. Nawet nie trafiła na księgarnianą półkę, bo nie zdążyła. Dobra, miałam taką moc jako księgareczka. Można to nazwać zdradą przeciw klientom, bo nie dałam im nawet szansy jej dotknięcia. Niestety wydawca dostarczył nam tylko jeden egzemplarz, a ja nie miałam żadnych wątpliwości. No cóż, było to silniejsze ode mnie. Ta książka mną zawładnęła...


W Paryżu dzieci nie grymaszą | Pamela Druckerman



Jeśli szukacie kolejnego poradnika na temat macierzyństwa to nie kupujcie tej książki. Chociaż z pozoru wydawałaby się nim być.

Wykształcona, inteligentna amerykańska dziennikarka zamieszkuje z mężem w Paryżu i tam zostaje mamą. Nie trzeba wiele czasu, żeby się zorientowała, że znacznie różni się od całej rzeszy innych matek z paryskiej wyższej klasy średniej. Inne dzieci przesypiają noce najpóźniej w trzecim miesiącu życia, są ułożone i grzeczne, nie rzucają jedzeniem i nie podjadają między posiłkami. Przy całym tym towarzystwie autorka czuje się trochę jak z Marsa - niewyspana i próbująca opanować swoje rozszalałe dziecko. Czy to jakiś inny świat?

Spokojnie, to tylko Francja.

Dlaczego nie jest to dla mnie żaden poradnik? Bo nie daje rozwiązań traktowanych, jako jedynie słusznych. Pamela Druckerman zestawia ze sobą amerykański i francuski model wychowywania, a różnice są uderzające. Francuskie podporządkowanie jest przeciwieństwem amerykańskiej dzieciokracji i chociaż jest zachwycona w dużej mierze tym pierwszym to nie wszystkie jego elementy wydają się być dla niej oczywistej do zaadaptowania na gruncie własnego macierzyństwa.

Przeczytamy tu o sposobach postrzegania ciąży, żywieniu dzieci, zabawach z nimi i nauce zasypiania, ale też o mentalności rodziców, seksie po urodzeniu dziecka i kłopotach z rozstępami. Niemal na gruncie każdego z tych problemów autorka odnajduje różnice. Nam chyba jest coraz bliżej do modelu amerykańskiego, ale posiadamy też niektóre cechy wspólne z francuzami więc chociaż nie należę do żadnej z tych grup, to niektóre uwagi były dla bardzo pouczające.

W książce Druckerman znalazłam co najmniej trzy rzeczy, które zapisałam sobie gdzieś na dnie mojego matczynego serca. Bo chociaż wyznawałam te zasady podświadomie, to dopiero ta książka wypowiedziała je za mnie. 

Wyznaczanie granic
Dzieciokracji mówimy nie!  Dzieci powinny stosować się do świata, a nie odwrotnie. Nie oznacza to jednak terroru i ograniczania naszych pociech. Wręcz odwrotnie. Powinniśmy wyznaczać dzieciom wyraźne granice, bo te dają im poczucie bezpieczeństwa - same są jeszcze zbyt małe, żeby odróżniać dobro od zła, rzeczy właściwe i niewłaściwe a my jesteśmy po to, żeby być ich drogowskazem. Wewnątrz tych granic powinniśmy jednak dawać dzieciom dużą swobodę. Jednym słowem - dajmy dzieciom wolność, ale nie twórzmy anarchii.

Teoria "otwierania oczu"
Tę lubię najbardziej. W dzisiejszych czasach rodzice prześcigają się w pozytywnym stymulowaniu swoich dzieci, żeby efektywniej się uczyły i były najzdolniejsze w przedszkolu, najmądrzejsze w szkole i genialne na studiach. Przecież ich mózg nigdy nie będzie już tak chłonny, jak teraz, więc nie można tej szansy zaprzepaścić (sic!). Matka natura wiedziała jednak co robi i dała dzieciom od tego ciekawość świata. Nie musimy przeciążać dzieci wiedzą dorosłych. Pozwólmy im pomóc nam piec ciasteczka, bawić się w supermena i lepić babki z piasku, bo w ten sposób uczą się świata, jak na swój wiek przystało. Paryscy rodzice pozwalają dzieciom na dużą samodzielność i nie krzycząc "cudownie!" za każdym razem, gdy latorośl zrobi coś poprawnie. Chwalą umiarkowanie i konkretnie, karzą konsekwentnie, ale bez przesadnej srogości.

Doskonała matka nie istnieje!
Grunt w tym, że matki idealne nie istnieją, więc my również nimi nie jesteśmy i nie ma co udawać ani przed ludźmi, a tym bardziej przed samym sobą, że jest inaczej. Ta akceptacja własnej niedoskonałości jako mamy i nieoczekiwanie tego od innych właściwie pozwoli nam odetchnąć z ulgą oraz cieszyć się swoim cudownie nieidealnym macierzyństwem. A naszym pociechom zapewni uśmiechniętą i mniej zakompleksioną mamuśkę.

Wydawałoby się, że amerykańska dziennikarka odkryła tajemnicę cudownego macierzyństwa, które powinno zapewnić jej szczęście. Tak jednak nie do końca się stało. Nie każde miejsce na ziemi jest Paryżem, a my nie jesteśmy francuskimi matkami. W wychowywaniu dzieci bierze tak naprawdę udział całe społeczeństwo i jest głęboko zakorzenione w naszej mentalności. Mimo naszej asertywności presja z zewnątrz jest ogromna i nie można się od niej zupełnie odciąć. Nie mamy darmowych żłobków dla niemowląt matek niepracujących, żebyśmy miały czas iść do kosmetyczki, czy na kawę z koleżanką i odpocząć od naszych ukochanych dzieci (pomijam fakt, że często u nas oddawanie dziecka do żłobka, gdy się nie pracuje jest postrzegane jako zdrada przeciwko dziecku...). Nie każdy z nas może zapewnić swoim pociechom samodzielny pokój od urodzenia, co pomaga w nauce samodzielnego zasypiania i przesypiania nocy. Tych różnic jest wiele.

Francuscy rodzice to trochę egoiści w granicach zdrowego rozsądku. Dzieci nie mają prawa zdominować ich świata, chociaż są jego ważnym elementem. Nie pozwalają im wchodzić sobie na głowę, ale pozwalają na współuczestnictwo w swoim życiu. Co więcej wszystko to funkcjonuje w Paryżu jako prawda oczywista, tak oczywista, że często trudna do wytłumaczenia dla nich samych. Dlatego Druckerman zmuszona była do przeprowadzenia czegoś w rodzaju śledztwa, żeby poznać ich tajemnice.

Książkę czyta się szybko i z lekką nutą zazdrości... Nie twierdzę, że my Polki jesteśmy złymi matkami, ale częściej powinnyśmy słuchać swojej intuicji. W natłoku dobrych rad i kolorowych gazet czasem zapominamy, że to my najlepiej wiemy, co jest najlepsze dla naszego dziecka |klik|.

Polecam wszystkim mamom i tatusiom też. Przyszłych, przeszłych i obecnych. Nierodzicom też, bo właściwie czemu nie :)


Na zdjęciu:
Miś z grzechotką Baby Ono

Autor: Pamela Druckerman
Tłumaczenie: Małgorzata Kaczarowka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-08-05027-9
Ilość stron: 388
Oprawa: miękka


Mama wraca do pracy


Roman kończy roczek i macierzyński dobiega końca. Moja ucieczka z Olsztyna zaowocowała nieprzedłużeniem umowy w pracy - jakoś mnie to wybitnie nie zdziwiło, przyznaję. Już widziałam siebie zbierającą skrupulatnie dokumenty do pośredniaka i drepczącą pokornie do mało uprzejmych pań w UP żebrzącą o zasiłek, żeby chociaż na pieluchy i waciki starczyło. Jednak pewnego dnia zadzwonił telefon...

Z pracą u nas to łatwo nie jest, jeżeli nie masz w Urzędzie Miasta życzliwej cioci  lub innej "dobrej duszy", która w biedzie dopomoże i co nieco podszepnie tam, gdzie trzeba. A i to czasem mało opłacalne. Szereg moich koleżanek zdziera podeszwy w bieganiu do pracy za 1000,00 złotych i marzy o wyjeździe za granicę lub chociaż wpływowym mężu, co pieniądze do domu konkretne przynosi, a i mógłby jakiś etacik przy okazji zawarcia związku małżeńskiego załatwić, bo w domu siedzieć nie chcą - nie po to studiowały i zdobywały doświadczenie za marną kasę. W sukces zawodowy, wynikający jedynie z inteligencji i zdolności, raczej mało osób tu wierzy.


Podsumowania nie będzie

Nie wierzę w noworoczne postanowienia, a już na pewno nie w ich moc sprawczą. Wszędzie czytam podsumowania zeszłego roku i nawet zaczęłam pisać własne - nie wyszło. Znajduje je niemal na każdym blogu, do którego zajrzę i wybaczcie, ja wysiadam z tego pociągu. Ale ten dzień jednak nie był bezowocny.


Natrafiła za to na konkurs blogów parentingowych na Tekstualnej. Mało - nawet swój głos oddałam. I pomyślałam - okiem rzucę, może zasilę moje konto na Bloglovin' jakimiś nowymi blogami, będzie co czytać, gdy już jakimś cudem znajdę trochę wolnego czasu. 


Zastanawiałam się nawet, czy mój blog można by nazwać parentingowym. Właściwie czemu nie, przecież mój świat kręci się wokół Romana i jest przez niego zdominowany w każdym znaczeniu tego słowa.

Ale przejrzałam blogi, poczytałam i hmmm... chyba zdanie zmieniłam. Nie jestem nawet w połowie tak parentingowa jak oni. Bo właściwie mój blog jest przede wszystkim o mnie, zupełnie egocentrycznie i pospolicie o mnie i kropka. A Roman? Roman to też ja. W końcu ze mnie się wydostał i ze mnie wysysa siły witalne.