Cycki

Ostatnio znowu usłyszałam spór na temat publicznego karmienia piersią. Jedzenie to podstawa i nic wstydliwego w tym dla mnie nie ma. Nie będę też obstawała wyjątkowo za kobietami, które na ławce w parku, czy galerii wywalają ostentacyjnie piersi z łatwo czytelną wymową w oczach: patrzcie oto ja, matka karmiąca, a oto są moje cycki, więc patrzcie i mnie szanujcie. 

Ja osobiście od jedenastu miesięcy jestem stuprocentową matką karmiącą. Zdarzyło mi się karmić w podróży, gdzieś na parkingu w samochodzie dyskretnie przykrywając ciumkającego Romana jego kocykiem. Nie żebym się swoich piersi wstydziła, ale uważałam to za coś w rodzaju dobrych manier przy jedzeniu, jak to, że nie jemy z otwartymi ustami. No i Mąż tego nie lubi, twierdząc, że to własność prywatna i on jako właściciel nie zgadza się na publiczne ich udostępnianie.

Jedni kłócą się o szacunek dla matek, które publicznego karmienia się nie wstydzą, a inni na to, że to obrzydliwe i nie chcą na to patrzeć. Czasem mam wrażenie, że nie chodzi o te cycki na wierzchu, bo akurat z tym to my obecnie bardzo obeznani jesteśmy, ale bardziej o to, że to takie nieseksowne spychać cycki do roli kanapki. Chyba czasem nie potrafimy przejść naturalnie obok tego, co właściwie jest czymś zupełnie normalnym, bez robienia z tego niepotrzebnej afery.

Kiedy stoję w kolejce do kasy i jakiś inny szanowny klient obok zżera batona publicznie, to czy ja się czepiam?! Niech zje ich dziesięć, byleby nie mlaskał przy tym obrzydliwie.


Myśli złote i pozłacane



Czy ktoś jeszcze pamięta te niepozorne zeszyty, które krążyły po szkole wśród znajomych i nieznajomych, skrytych sympatii lub ukrywanych wrogów? Zawierały szereg właściwie nikomu niepotrzebnych pytań, które miały służyć zaspokojeniu naszej nie zawsze zdrowej ciekawości. U nas nazywaliśmy je Złotymi Myślami (chociaż dziś nazwałabym je raczej pozłacanymi, żeby nie powiedzieć po prostu tombakowymi). Skarbnica wiedzy o nas i naszych znajomych. To taki facebook właściwie, tylko bardziej dotykalny. Facebooka w końcu nie mogę schować do kartonu i wynieść na strych, a Złote myśli tak...

Pierwsze założyłam jak miałam 13 lat, a potem jak miałam chyba 15. Wybaczcie, ale nic szlachetnego w nich nie znalazłam, za to sentyment mam do nich ogromny. Zauważyłam nawet, że te wpisy, które bawiły mnie najbardziej należą do osób, z którymi do dziś utrzymuję czynny kontakt. Nie ma co - zatrzymałam przy sobie najciekawszych ludzi.

Pytania - te przygotowywało się z największą starannością, bo świadczyły o właścicielu. Były raczej standardowe, ale czasem można było się postarać czymś zaskoczyć.


Moje ulubione pytania, które zawierały moje (i tylko moje) Złote Myśli:

  • Co lubisz
  • Czego nie lubisz?
  • Co cię wkurza?
  • A może ktoś cię wkurza?
Ta seria pytań wykańczała czasem nawet najbardziej cierpliwych - i taki był mój zamiar. Chyba po prostu chciałam zobaczyć, jak ludzi będą na nie reagować. 

  • Czy lubisz moją siostrę?
Po co była mi ta wiedza?! Nie pytajcie. I ty siostra też nie pytaj. Przyjmijmy, że byłam rodzajem szpiega siostrzanego.

  • Ile masz zębów?
Oj tak, to pytanie wiem, czemu zadawałam. Mało kto wiedział ile naprawdę ma zębów. To takie w sumie filozoficzne trochę pytanie, bo zmuszało do głębszego przemyślenia z pozoru błahych rzeczy. No i wyobrażałam sobie, jak ktoś ślęczy nad moim zeszytem i biedak liczy te swoje zęby choćby z ciekawości. Cudowne uczucie :)
  • O czym myślisz w Kościele?

Myślę, że gdyby ludzie odpowiedzieliby prawdę to można by napisać o tym książkę i to z całą pewnością byłby bestseler... 


A sekreciki pamiętacie? Takie małe niepozorne zagięcie na rogu kartki, skrupulatnie zdobione. Pamiętam te dyskusje na korytarzu na temat moralnego aspektu zaglądania do cudzych sekretów. Ja znalazłam u siebie tylko dwa. Chyba ludzie nie byli skorzy do przekazywania mi swoich tajemnic... 


A najciekawsze w nich było to, że z reguły nie zawierały żadnej wiedzy tajemnej, ot po prostu - były i wzbudzały ciekawość i to wystarczyło.


A na koniec - kilka osobistych perełek.

Moja ulubiona strona, bo promocyjna. Wierszyk popularny, ale zawierający w sobie zadziwiająco wiele prawdy (chyba jak dorosłam to dopiero to odkryłam). Zakochałam się w nim po latach.


Uwielbiam te głębokie wpisowe wierszyki :)


Pokusiło mnie nawet, żeby zadać pytania: Co o mnie myślisz? 

I właściwie chyba otrzymałam tylko jedną naprawdę szczerą odpowiedź:
Nie myślę w sumie o Tobie, bez urazy, ale to chyba lepiej.


Pamiętacie, jak niedawno za sprawą pewnej życzliwej koleżanki przechodziłam małą tapetową przemianę? Tak, to ta sama osoba. Nic się nie zmieniła, uwielbiam jej szczerość.

*Zdjęcie na samym początku to jeden z wielu wpisów mojej Siostrzyczki. Przejmowała moje zeszyty kilkukrotnie, więc jej wpisów mam zdecydowanie najwięcej

Uwielbiam do tych zeszytów czasem wracać. A Wy mieliście takie magiczne myśli złotopodobne?



Świąteczny bunt


Pierwsze Święta Romana. Miało być wesoło, dom miał wybrzmiewać kolędami i ociekać obficie świąteczną atmosferą. Miała być wspólnie wybrana choinka, uroczyste jej ubieranie i radosne pakowanie prezentów. Nie wspominam o lepieniu pierogów, kiedy to miałam głośno śpiewać Przybieżeli do Betlejem pasterze.... W moim domu zawsze gotowaliśmy i piekliśmy wszystko 23 i 24 grudnia, a choinkę ubieraliśmy w wigilię jako przedsmak wigilijnej kolacji. Z małymi potyczkami zawsze wszystko świetnie wychodziło. Do teraz.


Tradycja poszła w łeb. Organizacja padła, a we wszystkim zapanował lekki chaos. I nie był to bynajmniej świątecznie nacechowany chaos bożonarodzeniowy, tylko zwykły pośpiech - taki zupełnie pospolity i nieuroczysty. 



Halo! Policja? | wyprawa na stare śmieci



Więc wybrał się Wawrzyn do stolicy Warmii. Żebyście nie myśleli, że tylko w domu siedzę i z lasu nie wychodzę. A wypad ten był zdecydowanie niebanalny - aż wstyd się przyznać. Pewne rzeczy to tylko Wawrzyn potrafi...

Ale o tym później. Zacznę od początku.

Jak zwykle ostatnimi czasy wykorzystuję podróż (i sen Romana w jej trakcie) do zrobienia makijażu. Droga do Olsztyna jest kręta, więc i zadanie to nie należało do najłatwiejszych. Na szczęście Mąż jest świetnym kierowcą, więc bywa, że i paznokcie uda mi się pomalować. Bagaże do bagażnika, a zabawki Romana, pieluchy i kosmetyki na tylne siedzenie razem ze mną.

Olsztyn zmienił się niewiele od mojego pobytu ostatnimi czasy. Nawet świąteczne świecidełka co roku te same. Ulice dziurawe jak zawsze i korki te same w szczycie. Poza tym, wbrew moim przypuszczeniom, po moim wyjeździe Olsztyn się nie zawalił i właściwie nie zauważył mojej ucieczki.

Zostaliśmy na noc u mojej Siostry. Wieczorem zamówiliśmy pizzę i wypiliśmy piwo (to znaczy - oni pili, ja tylko bezalkoholowe jako matka mająca potomstwo na wykarmieniu). Wieczór należał raczej do spokojnych, do momentu gdy za oknem nie zawył alarm jednego z samochodów na parkingu. To właściwie żadna nowość. Ileż to razy alarm komuś wył na olsztyńskich parkingach? Znałam to doskonale, ale ten już od godziny wwiercał się w głowę, a przychodziła pora zasłużonego spoczynku.

Gdzie do licha jest właściciel samochodu? 

Wszyscy wyszli na balkon. Siostra nawet się zastanawiał, czy to nie jej auto, ale jej stał cichutko na parkingu. Nasz też nie, bo chyba inny mamy alarm.
- To samochód pod bankiem - stwierdził chłopak siostry.
Dobra - samochód winny znaleziony, ale brak właściciela, który wyzwoliłby nas od jego wycia.

Siostra zadzwoniła na Straż Miejską - i nic, nie mają praw do sprawdzenia właściciela auta, trzeba na policje. Hmm... na policję? Czy dzwonić? "Dzwoń" - mówię, a Mąż wtórował.

Zadzwoniła, trochę nosem kręcili, ale zgłoszenie przyjęli. 
- Pięknie - powiedziałam - kręcą nosem, a jak by się potem okazało, że w bagażniku jest trup to krzyczeliby w telewizji, że znieczulica społeczna, że nikt nawet uwagi nie zwrócił!
Godzinę później samochód dalej wył, a my poszliśmy spać rozmyślając o hipotetycznym trupie w bagażniku.

Godzina 00:20 do pokoju wpada zaspana Siostra i trąca mojego Męża:
- Obudź się! - mówi lekko przestraszona i zaspana - Twoja siostra z Warszawy dzwoniła. U twoich rodziców była policja. To TWÓJ samochód wyje pod blokiem!

Ałć! No i masz babo placek. Sprawdziliśmy telefony - w moim padła bateria, a Męża telefon wyciszony, dzwonili kilka razy. Rodzice Męża przez moją szwagierkę szukali kontaktu do mojej siostry, żeby się z nami skontaktować. Tak od Olsztyna, poprzez wieś kurpiowską i Warszawę dotarli do nas z powrotem do Olsztyna. Już widzę ten policyjny radiowóz mknący w środku nocy przez środek lasu, bo trzeba wam wiedzieć, że teściowie mieszkają na większym odludziu niż ja obecnie. Spojrzeliśmy na siebie bez słowa. Nie wiadomo - śmiać się, czy płakać? Mąż ubrał się i wyszedł. "Tajemniczy" samochód za dwie minuty przestał wyć.

To trzeba mieć talent, żeby na samego siebie policję wezwać i to jeszcze przegonić ich przez sąsiednie województwo.

A wystarczyło, żebyśmy wyszli z bloku. Kilkanaście metrów podeszli... Dlaczego tego nie zrobiliśmy? Sama nie wiem, czy naprawdę byliśmy tak przekonani o tym, że to nie nasz samochód, czy po prostu nie chciało nam się wyścibiać nosa na zimno i zbiegać po schodach. A może to jakieś złośliwe chochliki, a nie nasze roztrzepanie? Hmm, tak, to na pewno to. I tej wersji się trzymajmy.

* * *

Następnego dnia.
Rozmowa telefoniczna
Mąż: Ładnie to tak policję na gości nasyłać?
Siostra: A ładnie to tak przyjeżdżać w gości i syrenę pod oknem stawiać?
I to właściwie wszystko w tym temacie.

Ps: Mąż dokonał dokładnych oględzin samochodu  - trupa w bagażniku nie było...



Dlaczego Wawrzyn?

Właściwie to chyba należą się pewne wyjaśnienia w kwestii Wawrzynu.

Historia to całkiem pospolita, bo właściwie moja wawrzynowatość nie ma jakiegoś głębszego podłoża. Tak naprawdę to nie ma żadnego i jest kwestią zwykłego przypadku i pewnego przyjaciela, który lubił jak się go nazywało Wielkim Księciem Ciemności (WKC). Nie pytajcie dlaczego...

To był chyba pierwszy rok studiów – chyba, bo nie pamiętam, a istotne to raczej nie jest. Zajęcia z gramatyki opisowej – uwielbianej przeze mnie i głęboko znienawidzonej przez WKC. Był to dzień, kiedy towarzysz moich studenckich potyczek miał niezbyt dobry nastrój (ja mam w zwyczaju określać taki nastrój "nie rusz, nie dotykaj, bo kopie i gryzie"). Z reguły wtedy obrywałam ja, bo któż inny.


Przed nami podręcznik z gramatyki z setkami przykładów, przydatnych przy nauce fonetyki języka polskiego. Wśród nich "wawrzyn" – ot, jeden z wielu wyrazów z nagromadzeniem głosek szczelinowych, zwrócił uwagę zacnego Księcia.


Wawrzyn zmienia tapetę | fotorelacja

Ostatnio zdarza mi się to znacznie rzadziej. Trudno się dziwić - kurpiowskie lasy raczej nie oczekują ode mnie pełnego makijażu, gdy ruszam na ich podbój. Ale nawet w tej głuszy znajdzie się czasem ktoś, kto postanowi Wawrzyna przywrócić światu - babskiemu światu hołdującemu pięknu naszej zewnętrznej powłoki.


Przybyła do mnie niedzielnym popołudniem z torbą w zebrę. Była niczym Leon Zawodowiec - szybka, precyzyjna i konkretna. Nie było litości. A i ja zbyt usilnie się nie broniłam.

Były ciasteczka korzenne z czekoladą (podjadane niestety przez łakomych mężczyzn), gorąca herbata i tematy do rozmowy. Czyli wszystko, co składa się na niemal idealne niedzielne, zimowe popołudnie.



Ręka w sedesie i pranie psa


Jeden z poranków po nieprzespanej nocy. Wypchnęłam Męża z łóżka, żeby zajął się brykającym od świtu Romanem. Ja miałam zamiar spać. Należało mi się te pół godziny. Roman jak zwykle w obecności Taty biegał bez pieluchy - facet faceta zrozumie, więc pozwalali sobie na chwilę swobody.

Cisza. Nagle słyszę śmiech Męża i... odgłos sikania:
- Kochanie...
- Co - wychyliłam jedno oko spod kołdry.
- Roman osikał psa


Matka (nie)idealna i spór o pralkę


Podobno punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A jak się już niektórzy dobrze rozsiądą i tak dobrze nam się przyjrzą to możemy się o naszym życiu wiele dowiedzieć.

A bywa, że dowiemy się co nieco od tych, którzy rodzicami już byli, gdy my jeszcze sikaliśmy w pieluchy. Dobra, najprawdopodobniej dziewięć z dziesięciu takich osób siedzi cicho, ale czasem jak się jedno odezwie to zaczynamy rozumieć dlaczego to milczenie jest złotem, a nie gadanie. 


książka z brzuchem w tytule

Jest to jedna z moich ulubionych opowieści księgarskich.

Był to dzień w pracy, który zaczął się dość leniwie. Do księgarni wszedł pewien sympatyczny Pan i poprosił o pomoc w sprawie odnalezienia jednej książki. Oczywiście, żaden problem!


Ale problem jednak był i to niemały. Pan bowiem właściwie nie bardzo wiedział, czego szukał. Nie znał ani autora, ani tytułu wspomnianego dzieła. Była to książka raczej niedawno wydana, autor był chyba polski i zapewne mężczyzna, a tak w ogóle to podobno całkiem dobra, ale o czym to niestety Panu jakoś umknęło. No to świetnie, szukaj dziewczyno igły w stogu siana. Ale czemu nie - właściwie nie miałam nic ciekawszego do roboty, a beznadziejne przypadki były niemal moją specjalność. Bo kto miałby tyle cierpliwości do kłopotliwych, a czasem po prostu upierdliwych klientów jak nie ja. Przemaglowałam Pana jeszcze trochę, bo przecież coś wiedzieć musi o książce, po za tym, że ją chce. Aż w końcu voilà! Zdobyłam strzępek informacji.
- To była książka z brzuchem w tytule



Pierwszy śnieg i jego skutki

Zawitała zima na Kurpie, a razem z nią plucha i przeziębienie. Zdecydowanie nie lubię pierwszego śniegu - jest zupełnie nieudany, szczególnie gdy nawiedzi nas zaraz potem plusowa temperatura. I te bakterzyska ohydne kłębią się wszędzie przy tej pogodzie. Dotknęło i nas. Razem z Romanem zalegliśmy zupełnie. Jemu zdaje się powoli przechodzić, ale mi niestety nie. Do tego Ksawery szaleje na dworze, chociaż u nas chyba postanowił trochę odpocząć, bo nie daje się aż tak we znaki. Tym samym utknęliśmy w domu, pijąc syropki i herbatkę z czarnego bzu i lipy.


Z blogiem miałam ruszyć z kopyta, ale ktoś chyba zapomniał podkuć mojego konia... No cóż - z przeziębionym i ząbkującym jednocześnie Romanem nie wygrasz. Dzielny z niego mężczyzna, ale noce dają się we znaki. Aż trudno uwierzyć, że moje wiecznie uśmiechnięte dziecko potrafi tak kopać, złościć się i krzyczeć na bogu ducha winną Matkę. Z rozrzewnieniem zaczynam wspominać jego kolki, gdy miał dwa miesiące. Potem miało być coraz lżej - już chyba nigdy nie uwierzę takim zapewnieniom. Sen stał się towarem luksusowym i deficytowym jednocześnie.  Dziś obudziłam się ze światłowstrętem - nie wiedziałam co to tak naprawdę jest do teraz. Dodając do tego wszystkiego moje bolące zatoki i piekące gardło zaczynam czuć, że powoli zamieniam się w zombi.


Mała ucieczka i wielki powrót

Na kilka lat wdałam się w romans z miastem z czerwonej cegły. Po wielokrotnym zarzekaniu się, że nie pójdę na studia do Olsztyna spakowałam walizki i znalazłam z siostrą i przyjaciółką mieszkanie na Jarotach. Tylko tam uznali, że jestem godna statusu studenta, więc poszłam za głosem wyników rekrutacji.


Przeszło rok później, po śmierci mojego Taty, do Olsztyna przybył za mną mój przyszły Mąż. W ferworze masowych ucieczek ludzi za granicę nawet w zagłębiu bezrobocia znalazło się trochę wolnych etatów i udało się mu znaleźć przyzwoitą pracę w ciągu kilku dni. Spędził w niej pięć lat. Przyjechał, bo go poprosiłam.